W kilku słowach...
gru 23

Zapiski z roku 2005

23 grudnia 2005

Które to już Święta Bożego Narodzenia jesteśmy razem. Świat się zmienia, zmieniają się prezydenci, tylko MY, co roku spotykamy się w tym miejscu o tej porze i życzymy sobie …dobrze. Pisałem tu już kiedyś, że jest dobrze, kiedy ludzie sobie …dobrze życzą. Wiem, że Wy mi na te Święta dobrze życzycie i Wy wiecie jak bardzo ja Wam …dobrze życzę. Z takich życzeń musi Narodzić się coś Dobrego.

NIECH WAM BĘDZIE W TE ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA …DOBRZE NA ŚWIECIE.

28 listopada 2005

Dzisiaj pogrzeb Marka Perepeczki. O 13 na Powązkach. Nie pójdę. Nie tylko, dlatego, że w tym czasie będę miał próbę. Nienawidzę pogrzebów. Ta cała ceremonia, podczas której połowa ludzi naprawdę cierpi, a druga połowa głównie przygląda się temu cierpieniu, kojarzy mi się z jakimś usankcjonowanym teatrem okrucieństwa. Nie pójdę, bo gdzieś tam we mnie w środku Marek ciągle żyje i gdybym poszedł, to tak jakbym się zgodził na tę śmierć. A przecież w swojej idiotycznej bezradności …SIĘ NIE ZGADZAM! Kiedy widzieliśmy się ostatnio rozmawialiśmy o moim przedstawieniu, które reżyseruję w Częstochowie. Wiele mądrych rad (był dyrektorem tego teatru wiele lat), ale i obietnica, że będzie na premierze. No i co? Cóż, wierzę, że mimo wszystko będzie, choć nie o taką obecność mi chodziło.

Nie pójdę na ten pogrzeb również, dlatego, że ponieważ Marek został poddany kremacji, musiałbym tym samym zaakceptować fakt, że ciało tego ogromnego mężczyzny można zredukować do garstki popiołu. Nie potrafię tego niestety pojąć, choć oczywiście rozumiem technologię palenia zwłok. W dzisiejszych czasach my aktorzy mamy wielkie szczęście. Jeśli coś co gramy zostanie zarejestrowane, to jest szansa, że nie zostaniemy tak szybko zapomniani jak nasi koledzy sprzed wieku. Będziemy wiele razy oglądali pamiętną scenę śmierci Janosika i paradoksalnie min. dzięki tej śmierci Marek ciągle będzie żył. Bo choć kiedyś trzeba będzie umrzeć, to niektórzy z nas, choć umierają na niby, pozostają żywi na zawsze.

20 listopada 2005

Kiedy rozpoczynaliśmy próby do „Zatrudnimy starego clowna”, był przerażony. – Boże! Ja nigdy w życiu nie musiałem się uczyć takiej ilości tekstu! Nie dam rady! – mówił.

Jako aktor charakterystyczny, zawsze obsadzany w rolach drugoplanowych bądź epizodach, nagle miał zagrać rolę główną. Od samego początku wiedziałem, że nie tylko „da radę”, ale, że to będzie jego życiowa rola. Tak jakby autor (Matei Visniec) go znał i właśnie dla niego tę postać stworzył. Graliśmy ze sobą wiele razy (pamiętny „Mein Kampf” w reż. Roberta Glińskiego), ale dopiero przy okazji tej sztuki zobaczyłem, jakim wielkim i wspaniałym aktorem jest Janek. Tragizm i komizm w jednym. To, co w aktorstwie najtrudniejsze, bo bardzo łatwo przegiąć w jedną, albo drugą stronę. I prawda. Przez cały spektakl, za każdym razem, ani jednej fałszywej nuty. Nie macie pojęcia, jaka to przyjemność grać z takim partnerem. To pewnie min.dlatego, tak lubię grać to przedstawienie.

A teraz to, z czego się cieszę najbarciś. Jan Kociniak został nominowany do nagrody Feliksa (dla najlepszego aktora sezonu) w kategorii „główna rola męska”, za rolę Nicola w przedstawieniu „Zatrudnimy starego clowna” w teatrze Ateneum.

13 listopada 2005

Kończy się jakiś rozdział w moim życiu. Rolę, którą mi powierzył Wiesław Saniewski w swoim filmie „Bezmiar sprawiedliwości” już zagrałem. Dzisiaj miałem ostatni dzień zdjęciowy. I choć wydaje mi się, że poszło nieźle(a jak poszło ocenicie sami za rok) to świadomość, że ta przygoda już się skończyła budzi we mnie pewien niepokój.

Od jakiegoś czasu przyzwyczaiłem się do myśli, że dla pewnej grupy reżyserów jestem skreślony. Że grając w tzw. sitcomach skazuję się jako aktor na bycie poza tzw. ambitnym obiegiem kultury. Gorąco się z tym poglądem nie zgadzałem, ale nie miałem na tę opinię żadnego wpływu. Wierzyłem mimo to, że coś się zmieni. Nie zmieniało się nic. Proponowano mi wyłącznie role w głupich komedyjkach i bardzo dziwiono się, że odmawiam. I nagle zdarzył się cud. Ktoś mi zaufał. Wiesław Saniewski, świetny reżyser, którego prawie nie znałem, zadzwonił do mnie i bez żadnych warunków wstępnych zaproponował mi jedną z głównych ról w swoim filmie. Zagrałem i zrobiłem wszystko, żeby moją pracę wykonać najlepiej jak to jest możliwe. Czym się niepokoję? Przepraszam. Już niczym.

8 listopada 2005

Włosy Ci ufarbowali – powiedział mi dzisiaj kumpel z Wrocławia, z którym od dość dawna się nie widziałem. Pomyślałem sobie, że moja charakteryzatorka Beatka (jak ja lubię to imię) jest jednak mistrzynią w swoim fachu, skoro facet z odległości pół metra, po 15 minutach rozmowy nie zauważył, że to nie są moje włosy (bo takowe z tego miejsca, czyli tzw. „wysokiego czoła” już dawno gdzieś sobie niestety poszły), tylko zgrabnie przyklejony tupecik, dzięki któremu (i innym zabiegom Beatki) jestem w tej części „Bezmiaru sprawiedliwości” o 15 lat młodszy…

Zapewniam Was, że to nie jest jedyny powód, dla którego kręcenie tego filmu sprawia mi taką radość. Znakomicie napisana, poważna (nareszcie), a nade wszystko niejednoznaczna, czyli po prostu ciekawa rola, powoduje, że bez mrugnięcia okiem wstaję rano o każdej godzinie i nawet mi przez myśl nie przyjdzie narzekać, że jutro plan jest do 2 w nocy.
Pamiętam jak 20 lat temu (…Boże, jak ten czas leci) kręciliśmy „Dekalog” i przez półtora roku nie znałem dnia, ani godziny, bo o każdej porze dnia i nocy mogłem zostać wezwany na plan. Wtedy też nie narzekałem, bo wiedziałem, bo byłem absolutnie pewien, że uczestniczę w powstawaniu, niezwykłego, niebanalnego dzieła sztuki.

Nie wiem, czy film Wieśka Saniewskiego wywoła takie kontrowersje jak „Dekalog”, albo jego pamiętny „Nadzór”, ale kiedy wchodzę na plan „Bezmiaru sprawiedliwości”, coś mi się przypomina. To, ten sam nastrój, albo inaczej …zapach. Dobrego, wartościowego, ale też intrygującego i wciągającego kina. Artur Barciś – prosto z planu.

1 listopada 2005, Kwesta na Powązkach

Tak sobie myślę, …że chyba właśnie dzięki takim dniom jak dzisiejszy jestem takim chorobliwym optymistą. Ilość życzliwości i sympatii, a nade wszystko ofiarności, z jaką się wraz z Frankiem spotkaliśmy dzisiaj na Powązkach mogła przyprawić o zawrót głowy.

Swoim zwyczajem wygrywaliśmy na puszkach różne perkusyjne rytmy (…jakoś trzeba zwrócić na siebie uwagę) i jak co roku zebraliśmy na ratowanie Powązek mnóstwo forsy. Każdego roku kwestujemy zawsze w tym samym miejscu, o tej samej godzinie (od 13 przy katakumbach) i wielu z odwiedzających na cmentarzu swoich bliskich, traktuje nas tego dnia jak starych, dobrych przyjaciół. Byli tacy, którzy pamiętali jak malutki Franio 14 lat temu jako 3 letni chłopczyk krzyczał na cały głos „Wzucajcie pieniąski! Latujmy Powąski!”.
Ta kwesta, to nie tylko piękna akcja charytatywna. To już obyczaj. Coś, co tak wrosło w ten niezwykły czas, że już trudno sobie wyobrazić, żeby nas aktorów (i nie tylko nas) tego dnia na cmentarzach (bo przecież nie tylko Powązki, choć dzięki Jerzemu Waldorfowi pierwsze) nie było. Wszystkim ofiarodawcom w imieniu swoim i Franka jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję.

29 października 2005

Tak sobie myślę, …że gdyby Gazeta Wyborcza do swoich Wysokich Obcasów rzeczywiście (taki żart usłyszałem) dodała przed 15 stycznia moherowy beret, albo przynajmniej motek włóczki i szydełko, to PO wygrywa w cuglach. Bo tym razem, to na pewno nie byłaby kiełPiSbasa wyborcza, ale zwyczajny konkret. Dzisiaj usłyszałem też fajny żart, że skoro Marcinkiewicz pije piwo (a jakżeżby inne?) Lech, to Rokita na pewno …Tuskie. Miałem, tu nie pisać o polityce, ale nie mogłem się powstrzymać. Tak, czy inaczej, to, co się dzieje przepełnia mnie prawdziwym smutkiem (jak Rokitę) i przykrą satysfakcją, że …właśnie tego się obawiałem. A Wy?

27 października 2005

Taka mi się przypomniała fraszka po tych naszych wyborach:

Dwóch mędrców równie sławnych nauczało w szkole
Któryż z nich prawdę mówił? Prawda w oczy kole.
Jednego gmin wygwizdał, a drugiemu klaskał.
Widać, że jeden ukłuł, a drugi pogłaskał.

Ciekaw jestem, kto zgadnie, który z naszych poetów był tak proroczy

24 października 2005

Tak sobie myślę, …że wygrała DEMOKRACJA. Nie głosowałem na Lecha Kaczyńskiego i wielokrotnie pisałem tutaj, dlaczego tak zrobię. Mimo to nie mam poczucia jakiejś strasznej porażki, bo uczestnicząc w wyborach, brałem pod uwagę, że mój faworyt może przegrać. Jako uczestnik tzw. życia publicznego, będę się teraz uważnie przyglądał, jak będą realizowane obietnice, dzięki którym naród (a właściwie jego połowa, bo reszta miała to w …nosie) postawił na jedną rodzinę (przy wydatnej pomocy innej rodziny, oraz rodziny, która zawsze jakoś się obroni) i jaki to będzie miało wpływ na życie wszystkich rodzin w Polsce. Już dzisiaj mam obawy, bo kiedy patrzę jak nowo wybrany prezydent melduje swojemu bratu – „Panie prezesie, melduję wykonanie zadania”, to pytam, kto tu rządzi?

Cóż, demokracja widocznie kryje w swojej niedoskonałości jeszcze wiele niespodzianek, ale i tak jest chyba najlepszym z możliwych systemów. Dlaczego? Bo tych, których wybraliśmy, będzie można …nie wybrać, przy okazji następnych wyborów. A co Wy o tym sądzicie?

18 października 2005

Tak sobie myślę …że nigdy nie wolno tracić nadziei. Grając w „Miodowych latach” przeczuwałem, że na jakiś czas (może na zawsze) dla większości reżyserów będę aktorem wyłącznie komediowym. Nie, że nie potrafię grać ról „serio”, tego nikt mi nie zarzucał, ale że tak się „komediowo” zakodowałem w świadomości widzów, że powierzenie mi roli w poważnym, dramatycznym filmie jest obarczone ryzykiem niewiarygodności.

Nie jestem typem faceta, który chodzi po ludziach (czyt. reżyserach, producentach) i przekonuje, że nie mają racji, że aktorstwo, to cały wachlarz możliwości i wystarczy uwierzyć, zaufać, a efekt będzie lepszy niż przypuszczali. Jestem pewien, że żaden aktor nie chce zamykać się w jednej „szufladce”. Każdy z nas chce grać różne role, bo wtedy ten zawód jest najciekawszy. Niestety najczęściej jest tak, że jak ktoś „sprawdzi” się w jakimś typie postaci, to zostaje zaszufladkowany na długie lata.

Na szczęście są reżyserzy, którzy myślą inaczej. Epizod u Sylwestra Chęcińskiego w „Przybyli ułani”, był jak promyk nadziei. A teraz…? Dostałem propozycję zagrania jednej z głównych ról w nowym filmie Wiesława Saniewskiego pt. „Bezmiar sprawiedliwości”. Będę grał prokuratora, który skazuje niewinnego(?) człowieka. Scenariusz przeczytałem jednym tchem. To będzie świetny film! Nigdy nie wolno tracić nadziei.

13 października 2005

Przez parę „miodowych” lat miałem do czynienia z postacią o nazwisku Kurski. Nie był, to człowiek kryształowego charakteru, ale było w nim coś wzruszającego. Na pewno dzięki wspaniałej kreacji Waldka Obłozy i scenarzystom, którzy kryminaliście dali tzw. ludzkie cechy. Tamten Kurski, mimo swojej proweniencji był niezwykle zabawny. Teraz to nazwisko powróciło. Ciekaw jestem, czy Jacek Kurski, jest dla Was równie zabawny?

11 października 2005

Tak sobie myślę …że warto się czasem pokazać od tej ładniejszej strony. Zapraszam do galerii.
Właśnie zamieściłem trochę nowych zdjęć, które powstały podczas sesji ze znakomitym artystą fotografikiem Dariuszem Stawskim. Fotografowanie odbyło się w moim domu i ogrodzie.

9 października 2005

W „Zmierzchu” Babla, Sieńka Tupacz, którego gram nie rzuca nożami. Właściwie niewiele o nim wiadomo poza tym, że jest bandytą i na polecenie Beni Krzyka podpalił cyrkuł, czyli ówczesny (rzecz dzieje się w 1913 roku) posterunek policji.

Nigdy (poza epizodem w „07 zgłoś się”) nie grałem takich typów (Hitler, to zupełnie inna kategoria) i wymyśliłem sobie, że jak będę robił na scenie coś naprawdę groźnego, to uda mi się przekonać widzów do tej postaci. Ćwiczyłem całe wakacje i w zasadzie trafiam prawie za każdym razem. No właśnie …prawie. Widz, który przyjdzie ten jeden raz do teatru Ateneum i trafi na przedstawienie, w którym akurat nie udało mi się trafić (a rzucam trzy razy), będzie miał zupełnie inny odbiór postaci, którą próbuję wykreować. Dzisiaj była pierwsza próba z publicznością i mimo tremy udało mi się w 100%. Mam nadzieję, że już tak będzie zawsze, nie mniej rzucanie nożami zawiera w sobie pewną niewiadomą, która powoduje, że mimo identycznego zamachu raz nóż się wbija w ścianę (drewnianą), a raz nie.

Jutro premiera. Trema będzie jeszcze większa.
Co mnie podkusiło!?

5 października 2005

Tak sobie myślę, że czas przed premierą, czasem płynie szybciej, a czasem wolniej. Zazwyczaj płynie bardzo szybko, bo premiera tuż tuż, i przydałoby się jeszcze parę dni prób, a tu termin wyznaczony i nie ma wyjścia, trzeba wyjść na scenę i grać, choć nie wszystko jest tip-top i guzik nie zapięty.

1 października 2005

Dzieciaki wstały wcześnie rano. Od tygodnia cieszyły się na tę wycieczkę. Zamiast lekcji pojadą na Jasną Górę. Ci naprawdę wierzący zobaczą cudowny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i doznają czegoś niezwykłego. Wiem, bo sam to przeżywałem niejednokrotnie będąc w ich wieku…

Wiara i magia tego miejsca spowodują, że wielkie problemy staną się błahostkami, a ważne będzie tylko to, że warto było się wybrać na tę pielgrzymkę. Mieli swoje plany, marzenia, miłości i tzw. życie przed sobą. Ułamek sekundy, czyjaś (tylko czyja, bo przecież Bóg jest nieomylny?) błędna decyzja i metafizyczne spotkanie na Jasnej Górze już się nie odbędzie. To jak to jest? Nie było im dane? Nie zasłużyli? Widzicie w tym jakąś logikę?

28 września 2005

Tak sobie myślę …że patrzę i oczom nie wierzę. Bracia Kaczyńscy bezczelnie wystawiają na premiera jakiegoś mało znanego Marcinkiewicza, tylko dlatego żeby mieć pełnię władzy, po wyborach prezydenckich, a PO uszy po sobie i zdaje się tej wrednej gry nie widzieć. Czegoś nie rozumiem, albo źle głosowałem. A Wy?

25 września 2005

Tak sobie myślę, że o zwycięstwie PiSu zadecydował spot reklamowy przedstawiający pustoszejącą lodówkę, szafkę z lekarstwami i znikające zabawki dla dzieci, po wprowadzeniu podatku liniowego. Znowu się okazało, jak wielką siłę ma demagogia.

24 września 2005

Tak sobie myślę, że …jutrzejsze wybory, są bardziej przeciw, niż za. Bo, prawdę mówiąc żadna partia nie budzi mojego 100% zaufania. Kampania wyborcza, której byliśmy świadkami nasycona była tak złym aktorstwem, że wielu mogła zniechęcić do teatru demokracji. Mimo, to trzeba pójść do tego teatru. Wybrać chociażby tych, którzy grają lepiej od innych. Przy założeniu, że wszyscy grają fatalnie, najbardziej wiarygodnie zazwyczaj wypadają ci, którzy grają najmniej.

Repertuar:
Teatr Samoobrona: „Kariera Andrzeja Nikodema Leppera ”, wersja sceniczna, tragifarsa.
Teatr LPR: „Poznacie gier tych smak”, dramat.
Teatr SLD: „Co było, a nie jest…”, komedia.
Teatr PSL: „O jeju ile oleju”, bajka dla dzieci.
Teatr PiS: „Teraz My, Warszawa może poczekać”, thriller samochodowo kolejkowy.
Teatr PD: „Dama Kameliowa-Sowińska”, melodramat
Teatr PO: „Popis na linie”, dramat psychologiczny.

Nie chcę niczego sugerować, ale ja wybiorę się chyba na ten ostatni spektakl.
PO prostu dlatego, że aktor grający główną rolę (jego dubler jest zdecydowanie mniej wiarygodny) był najmniej nieprawdziwy.
Jaki teatr, takie wybory. Mimo, to zapraszam do teatru.

23 lipca 2005

Nareszcie mogę powiedzieć, że mam prawdziwe wakacje. Wczorajsza impreza pod PKiN była ostatnim moim zobowiązaniem i do 10 sierpnia (zaczynam zdjęcia do „Rancza”) mam wolne. Co prawda do tego 10 sierpnia muszę napisać felieton do Naszej Choszczówki, ale postanowiłem (to chyba jednak jest lenistwo), że napiszę go po powrocie z Krety.

Mam jeszcze sporo tzw. innego pisania, ale to już czysta przyjemność, więc nie mogę tego nazywać pracą.