W kilku słowach...
mj. 25

Krzysztof

Krzysztof.

Byłeś skrajnym pesymistą. W kółko powtarzałeś, że coś, co jest dobre skazane jest na degenerację i śmierć. Że coś, co się dobrze zaczyna, musi skończyć się źle, a jak się źle zaczyna, to skończy się jeszcze gorzej. Nie zgadzałem się z tą teorią. Ta twoja czarna filozofia była jedyną rzeczą, która mnie u Ciebie wnerwiała. Poza tym Cię uwielbiałem. Pamiętam, kiedy zadzwoniono do mnie, że chcesz się ze mną spotkać. Od razu przeszliśmy na ty. Powiedziałeś, że znalazłeś mnie na dworcu. Czekając na pociąg zerknąłeś w poczekalniany telewizor. Nie wiedziałeś, co to był za film. Widziałeś mnie zaledwie kilka minut. Gdyby pociąg się nie spóźnił pewnie nigdy byśmy się nie spotkali.

Przypadek. Dałeś mi rolę w swoim najnowszym filmie. Byłem najszczęśliwszym aktorem na świecie.
Potem zdjęcia do „Bez końca”. Cudowna atmosfera. Świadomość, że kręcimy ważny film. Film dotykający prawdy o tym, co wszyscy wtedy czuliśmy. Zbyt bolesna była to prawda. Roboczy tytuł brzmiał „Szczęśliwy koniec”. Ale koniec nie był szczęśliwy. W życiu nie czytałem zjadliwszych recenzji. Tak z oficjalnej jak i z podziemnej strony. Nie chcieli tego filmu. Zbyt dotkliwie obnażał naszą rozpacz.

Kilka miesięcy później opowiedziałeś mi o „Dekalogu” i roli, którą mam zagrać. Dziwna postać przewijająca się przez wszystkie odcinki. Ale kto to jest? Nie wiem – powiedziałeś. Jeśli ci powiem, że to jest Bóg, to mi zagrasz Boga. A ja nie chcę żeby to był Bóg. Jeśli anioł, to zagrasz anioła. Nie wiem, kto to jest. Nie wiem i… chcę nie wiedzieć. Chcę żeby każdy sam sobie odpowiedział, kim jest ta postać. Ty też musisz to zrobić – powiedziałeś. Wtedy zrozumiałem, że być może, będzie to najważniejsza rola, jaką zagram w życiu. Kogo zagrałem? No właśnie. Do dziś pytają mnie o to, ludzie z całego świata. Bo „Dekalog” został uznany przez cały filmowy świat za dzieło wybitne. Pierwszy raz w historii sztuki filmowej ten cykl dziesięciu filmów został potraktowany jako jedna całość. Nagradzany, szanowany i podziwiany. Wszędzie. W USA i Australii, w Japonii i Europie. Wszędzie tylko nie u nas. To chyba jest taka nasza narodowa cecha. Polak, jeśli „zderzy” się z wielkością innego rodaka, to ze strachu, bo wydaje mu się, że ta wielkość go przerasta, robi wszystko żeby ten wielki poczuł się tak samo mały jak on sam. To, dlatego w kraju miałeś tak fatalne recenzje, mimo, że za „Krótki film o zabijaniu” dostałeś najważniejszą europejską nagrodę – Feliksa. Pewnie, dlatego też odbierając go powiedziałeś słynne „Mam nadzieję, że Polska leży w Europie”. Dziś wygląda na to, że Polska jest już w Europie, ale niestety polskie kino leży daleko poza nią.

Kiedy po premierze „Czerwonego” zdecydowałeś, że nie będziesz już robił filmów wmawiałem sobie, że jesteś tylko zmęczony. Z drugiej strony wiedziałem, że nie rzucasz słów na wiatr. Zapytałem – Dlaczego? Bo już mi się nie chce – odpowiedziałeś. W wywiadzie dla „Paris match’a” na pytanie: „Czy jest pan szczęśliwy?” Odpowiedziałeś – „Nie. Dlaczego miałbym być szczęśliwy?” Czasami myślę, że to Twoje krakanie stało się w końcu samosprawdzającą się przepowiednią. Umarłeś, bo było źle i w związku z tym musiało stać się to najgorsze.

Nie wiem, czy dlatego, że robiłeś filmy, czy dlatego, że przestałeś je robić.
Tak, czy inaczej Krzysztofie, wczoraj minęła 9 rocznica Twojej śmierci.

Artur Barciś