W kilku słowach...
mj. 26

Ikar

Stał na brzegu dachu i płakał. Miał 16, może 17 lat i choć wiedział, że mu nie wolno, że płaczą tylko słabeusze i cieniasy, łzy same wylewały mu się z oczu. Był zdziwiony i wściekły, że tak zareagowało jego ciało przed najważniejszym krokiem w życiu. Miało być inaczej. Wyobrażał sobie, że stanie, rozłoży ręce, spojrzy w niebo, upewni się, że Boga nie ma i wolniutko przechylając ciało w kierunku przepaści poleci jak ptak.

Dwa loty miał już z resztą za sobą. Ukradł matce pieniądze, które zbierała na nowe meble, uciekł z domu, pojechał na lotnisko, kupił bilet na pierwszy lepszy lot i poleciał. Kiedy przelatywał nad blokowiskiem, które go wydało na świat i malejąc w oczach zamieniało się w szarą plamkę, był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Zrobił to, o czym marzył od dawna… Za każdym razem, kiedy nad betonowym podwórkiem, przelatywał samolot wyobrażał sobie, że jest tam w górze. Kiedyś wyrwie się z tego bagna i poleci. Na razie siedział na murku, palił taniego papierosa i pił piwo z ziomalami. Nikt nie wiedział, co planuje, ani o czym myśli.

Oczy miał zawsze spuszczone w dół, nigdy się nie uśmiechał. Nie widział powodu, nie miał potrzeby. Nigdy nie płakał. To inni płakali przez niego. Głownie matka, ale do tego już się przyzwyczaił. Pracowała jako salowa w szpitalu i podcierała dupy umarlakom. Wiedział, że dostawała od chorych łapówki i na coś te pieniądze odkładała. Właściwie czekał tylko na to, kiedy je wypłaci z banku i przyniesie do domu. Pewnego kwietniowego dnia zauważył jak chowa coś pod ręcznikami w szafie. Kiedy wyszła na chwilę do sąsiadki wziął kopertę z forsą i pojechał na lotnisko. Uciec, uwolnić się, polecieć gdziekolwiek, to był jego cel. Pieniędzy starczyło mu na lot do Larnaki na Cyprze. Niestety na miejscu okazało się, że żeby dostać się do raju trzeba zapłacić ileś tam euro, których nie miał. Nie miał też wykupionego ubezpieczenia, ani pieniędzy na pobyt. Najbliższym samolotem odesłano go do Polski.

Kiedy wracałem z wypoczynku na Cyprze nie miałem pojęcia, że razem ze mną leci młody człowiek, który za parę godzin popełni samobójstwo. Być może przechodził obok mnie, kiedy szedł do toalety. Być może miał ochotę się przysiąść i pogadać. Albo tak jak inni pasażerowie poprosić o autograf. Nie zrobił tego. O tym, że nasze drogi jakoś tam się skrzyżowały dowiedziałem się od prokuratora prowadzącego śledztwo w sprawie jego śmierci. Nie wiem jak wyglądał, ani kim był. To, co o nim napisałem, to tylko przypuszczenia. Bardzo możliwe, że był delikatnym wrażliwym chłopakiem, który zrobił coś głupiego, a potem nie wiedział jak to naprawić i po powrocie z cypryjskiej eskapady wybrał najgorsze wyjście z możliwych. A może w trakcie dojrzewania odkrył, że jest gejem. W jego środowisku samo podejrzenie o homoseksualizm oznaczało cywilną śmierć. Może to był powód, dla którego tak znienawidził swoje ciało, że postanowił je unicestwić. Nie wiadomo. Faktem jest, że wszedł na dach najwyższego na osiedlu bloku i skoczył.

Z jakichś sobie tylko znanych powodów nie chciał już dłużej żyć. Podobnie, jak co roku robi to prawie czterystu jego rówieśników, z czego dwie trzecie osiąga swój cel. Najwięcej się wiesza, ale już na drugim miejscu jest „rzucenie się z wysokości”. Nie widząc dla siebie szansy na lepsze życie, nie potrafiąc poradzić sobie z piętrzącymi się problemami, bo dookoła tylko zło i nienawiść wspinają się samotnie na szczyty swoich blokowych archipelagów i rzucając się w dół wykrzykują swoją rozpacz nieudolnemu państwu, które zostawiło ich samym sobie.

Podczas tegorocznego Festiwalu w Opolu w konkursie premier drugie miejsce zajął raper MEZO piosenką „To ważne”. Nie przepadam za hip-hopem, ale kiedy patrzyłem na tego „chłopaka z bloków”, który szczerym, przekonywającym głosem śpiewał: –
„Ważne, że potrafisz widzieć dobro
To ważne, że doceniasz jego ogrom
To jest twój światopogląd
To musi wyjść. Musi.” – nabrałem nadziei, że w tym roku liczba samobójstw wśród młodzieży będzie mniejsza.

Bo zdarza się, że sztuka pomaga żyć. Naprawdę się zdarza.

Artur Barciś