W kilku słowach...
gr. 25

Rocznik 2009


Deprecated: Korzystanie z elementor/widgets/widgets_registered uznawane jest za przestarzałe od wersji 3.5.0! Zamiast tego proszę użyć elementor/widgets/register. in /home/barcis/ftp/bohun/wp-includes/functions.php on line 5758

Deprecated: Funkcja Elementor\Widgets_Manager::register_widget_type jest przestarzała od wersji 3.5.0! Zamiast jej proszę użyć register. in /home/barcis/ftp/bohun/wp-includes/functions.php on line 5383

Życzenia

Kochani. NIECH WAM BĘDZIE DOBRZE NA ŚWIĘCIE
Nie będę wymieniał czego Wam życzę, bo najbarciś życzę Wam… dobrze.
Zawsze mówię, że to dobrze jak ludzie sobie dobrze życzą.

Dlatego ja życzę sobie żebyście sobie …dobrze życzyli 🙂
Spokojnych Świąt!

Ważny dzień

moja sobota była wręcz cudowna. Wyspałem się, posprzątałem to co trzeba schować na zimę w ogrodzie, załatwiłem zaległą korespondencję, a na koniec zagrałem „Moją córeczkę”. Ważny dla mnie spektakl, a dzisiaj jeszcze ważniejszy. Na widowni był Franek.

Bardziej liczę się z jego zdaniem, niż z opinią stu recenzentów. Zazwyczaj jest bardzo krytyczny, bo zna mnie doskonale i widział wszystkie moje role od kiedy przestał być dzieckiem. Temat też trudny i w pewnym sensie dotyczący nas obu. Podobnie jak Mireczka, odciął pępowinę i zaczął żyć po swojemu. Na szczęście, wygląda na to, że „po swojemu”, nie znaczy głupio i lekkomyślnie, tak jak w sztuce. Publiczności (nadkomplet!) chyba się podobało, bo była „cisza, która krzyczy” (jak pisał jeden z recenzentów), a na koniec gromkie, szczere brawa. A Franek?

Był zachwycony. Powiedział mi, że to najlepszy spektakl w jakim grałem.
Dlatego ta sobota była dla mnie taka wyjątkowa. Jestem szczęśliwy.

Kwesta 2009

Jak co roku, kwestowałem na Powązkach ( i godzinkę na ewagelicko-augsburskim) razem z Frankiem. Ludzi tłum i niezwykle milo. Nie wiem, czy to jakiś znak czasu, czy przypadek, ale po raz pierwszy nikt nie zwrócił nam uwagi, że zachowujemy się niewłaściwie.

Chodzi o to, że żeby zwrócić uwagę przechodzących i w jakimś sensie zasłużyć na datek, traktujemy nasze puszki jak instrumenty perkusyjne i wygrywamy na nich różne rytmy. Frankowi, który z perkusją jest za pan brat, wychodzi, to rzecz jasna o wiele lepiej, ale i tak razem tworzymy zgrany tandem i większości „publiczności” się podoba, co skutkuje coraz cięższymi puszkami. Niestety, co roku jakieś starsze panie obrzucały nas uwagami, że na cmentarzu nie wolno się tak swobodnie zachowywać, że się wygłupiamy, a to jest miejsce smutku i cierpienia. Naszą reakcją był uśmiech na twarzy i przeprosiny, ale potem i tak robiliśmy swoje.Ta kwesta, to dla nas nie tylko zbieranie pieniędzy na szczytny cel. To również spotkanie z ludźmi, z którymi widzimy się (od lat) ten jeden raz w roku. Zawsze stoimy w tym samym miejscu o tej samej porze i wielu wita nas jak starych znajomych. Są tacy, którzy pamiętają Franka, który ledwo mógł utrzymać puszkę, bo zaczął ze mną kwestować jak miał 4 lata, a potem co roku słyszeliśmy: „Franek, ale urosłeś!” Dzisiaj też „do nas” wpadli. Dziękujemy 🙂

Do zobaczenia w przyszłym roku 🙂

Dziwna para

Jeszcze nigdy w moim zawodowym życiu nie miałem takiej sytuacji. Dwie premiery z rzędu, w obu gram główne role, a jedna różna od drugiej jak niebo i ziemia. „Dziwna para” to znakomita komedia Neila Simona, w której swoją aktorską klasą popisywali się niegdyś (również w wersji filmowej) Jack Lemmon i Walther Mattau. Teraz my!

Oczywiście, nie próbujemy nikogo naśladować. To komedia charakterów, która pozwala na własną interpretację. Nie jestem polską kopią Jacka Lemmona. Od dawna szukaliśmy z Czarkiem Żakiem jakiejś sztuki dla siebie, bo lubimy ze sobą pracować i wiemy, że widzowie również lubią naszą „dziwną parę”. Bardzo dobrze pracuje się nam z Wojtkiem Adamczykiem (reżyser „Rancza”), więc kiedy zaproponował nam tę sztukę, zgodziliśmy się natychmiast. Premiera odbyła się 13.10.2009, na zakończenie Festiwalu teatralnego w Nowym Sączu. Chyba się podobało, bo oklaskom nie było końca. Przed oficjalną premierą w teatrze Capitol w Warszawie, zagramy jeszcze we Wrocławiu, Tarnowie, Krakowie i Bydgoszczy (patrz „Dziwna para” na forum). Potem w całej Polsce i gdzie tylko będą na chcieli oglądać. Zapraszam.

Moja córeczka

Już za 3 dni premiera „Mojej córeczki” Tadeusza Różewicza w Ateneum. Reżyseria Marek Fiedor. Gram główną rolę. Dawno ( a może nigdy) nie grałem tak dramatycznej roli. W głowie wszystko mam już poukładane i chyba wiem jak ją zagrać. Prowadzony przez wspaniałego reżysera (dziękuję Marku) próbuję dojść do tego co w aktorstwie jest najważniejsze….do prawdy.

Tekst Różewicza jest znakomity. To cudowna literatura. Ma swoją teatralną (choć jest tylko opowiadaniem) historię, że wspomnę tylko wielką kreację Jerzego Treli w teatrze tv w reż. Andrzeja Barańskiego. Nasze przedstawienie, to jednak teatr, w tym najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. Nowoczesny w formie, ale z szacunkiem dla słowa i treści. Zapędziłem się. To Wy widzowie będziecie go oceniać, a nie ja. Jeśli Wam się spodoba, będziemy go grali wiele razy. Jeśli nie, zejdzie z afisza po kilku spektaklach. Pierwsza Generalna (próba) poszła niby dobrze, ale czegoś zabrakło. To dobrze. Jest czego szukać, żeby na premierze niczego już nie brakowało.

Galerianki

Byłem dzisiaj na premierze „Galerianek” w kinie Atlantic. Co prawda, część z tego co zagrałem na planie, do ostatecznej wersji filmu nie weszła, ale tak bywa i reżyser ma prawo zostawić to co jest dla niego ( w tym wypadku dla niej) najważniejsze. Nie zostałem do końca, bo film już widziałem, ale na ulicy spotkała mnie miła niespodzianka.

Idę sobie do auta z pięknym słonecznikiem w ręku, który dostałem na premierze, aż tu nagle zaczepia mnie para przesympatycznych młodych ludzi. – Co za niezwykłe spotkanie! Panie Arturze. Właśnie widzieliśmy Pana na ekranie! Wracamy z Kinoteki. Byliśmy na „Galeriankach”. Fajny film, ale smutny. – Fakt, komedia to to nie jest – odpowiedziałem – ale chyba dotyka jakiegoś ważnego problemu, prawda? – To nie jest nasz świat, ale na pewno istnieje.

A Wy co sądzicie?

Cholesterol

Nie chcę uchodzić za hipochondryka, ale ktoś mi powiedział, że w moim wieku należy sobie zbadać poziom „złego” cholesterolu. Zbadałem i wyszło, że mam zbyt duży. Lekarz powiedział, że nie ma się za bardzo czym przejmować, bo to typowe, ale jakaś dieta by się przydała.

Golonki, boczki, karkówki, krewetki… żegnajcie!!! W internecie okazało się, że jest jeszcze gorzej, bo wolno mi jeść tylko warzywa (na szczęście lubię), ryby, drób, pieczywo razowe, a to wszystko broń Boże, nie smarzone, tylko gotowane, albo duszone. Ilość dań, które lubię radykalnie mi się zmniejszyła. Na szczęście zobaczyłem w tv reklamę, w której jakaś pani, bardzo wymownie pokazuje mężowi czym jest ten cholerny cholesterol (tłuszcz, tłuszcz, tłuszcz) i żeby się go pozbyć muszę spożywać cudowny środek o nazwie Benekol. Głupi nie jestem, reklamom wierzę, więc pojechałem do sklepu i zakupiłem całą baterię. Niestety, coś mi się od tych reklam pomieszało w głowie, bo w domu okazało się, że kupiłem Actimel. Cóż, odporność też jest ważna 🙂

Po wakacjach

Próba „Dziwnej pary” była …upiorna! Dopiero dzisiaj zdałem sobie sprawę w co wdepnąłem. Tempo tej komedii jest oszałamiające, a ilość rekwizytów których muszę używać sprawia, ze zaczynam wątpić w swoje możliwości. Do tego gadam jak najęty, a te wszystkie słowa trzeba umieć na pamięć jak pacierz. Mówię Wam, ciężki kawałek chleba. Tzn. jak już wszystko będzie gotowe, a Wy przyjdziecie sobie na przedstawienie, to będzie fajnie, ale teraz…? Ufff.

Po próbie doczytałem do końca „Pinokia” na płytę, która będzie dołączona do książki. Jednocześnie wracam powoli (po urlopie) do „Mojej córeczki”. Wszak oficjalna premiera już 7 października.

Urodziny

No i skończyłem 53 lata. Sam nie wiem, czy się cieszyć, czy martwić. Z jednej strony paru moich kolegów już pożegnało się z tym światem i teoretycznie ja też mógłbym się do nich zaliczać, ale z drugiej, przecież zadnego ciężaru na plecach nie czuję, wręcz przeciwnie.

Kiedyś myślałem, że po przekroczeniu 40-ki będę odczuwał coś w rodzaju smugi cienia, ale nic takiego się nie zdarzyło. Jak kończyłem 50 lat, miałem się zacząć czuć powoli staruszkiem, ale też nic. I tak jest ciągle. Czuję się młodo i codziennie cieszę się życiem. Oby tylko zdrowie dopisało 🙂

Wszystkim bardzo dziękuję za życzenia. Fajnie jest mieć tak wielu przyjaciół 🙂

Wieczny uczeń

Przepraszam, że nie piszę systematycznie, co tam u mnie, ale nic specjalnie istotnego się nie dzieje, wiadomo wakacje. O wielu sprawach piszę na Forum, na które serdecznie zapraszam 🙂 Akcja „Karolina” się rozkręca i jest nadzieja, że 21 sierpnia w Toruniu zbierzemy trochę forsy, żeby pomóc tej wspaniałej dziewczynie.

Poza tym jestem na etapie żmudnego uczenia się tekstu do nowej komedii z Czarkiem Żakiem (i nie tylko, min. Wiola Arlak, Kasia Żak, Wojtek Wysocki) pt. „Dziwna para”, którą będziemy w Warszawie grali w teatrze Capitol (premiera 17 października), a wieczorami gram w teatrze Polonia „Grube ryby”. Zapraszam 🙂

…i po urlopie 🙂

Wróciłem z wakacji. Dwa tygodnie, ale zawsze coś. I to jakie! Po pierwsze z rodziną, czyli ja, Beba i Franek. Po drugie ciągle razem, co ostatnio zdarzało nam się bardzo rzadko. I po trzecie gdzie!!! W wymarzonej Barcelonie!!!

Pierwszy tydzień spędziliśmy w Kaprun (Austria), gdzie byliśmy gośćmi corocznych Dni Polskich. Było naprawdę cudownie, a szusowanie na nartach po słynnym lodowcu Kizzsteinhorn w środku lata, to coś niezwykle ekscytującego. Pisałem już o tym w Pogaduszkach na Forum. Potem był jeden dzień (…i noc) w Cannes (Franek powiedział „Jeszcze tu wrócę”,he,he), a potem podróż niesamowitą autostradą A-9 z setkami gigantycznych wiaduktów i tuneli. Niezapomniane widoki. No i Barcelona. Gaudi, Gaudi, Gaudi, Picasso, Miro, a nade wszystko niezwykła atmosfera tego miasta, którą pamiętałem z „Cienia wiatru”.

Mieszkaliśmy w dzielnicy gotyckiej, czyli na starym mieście i stąd do najważniejszych miejsc było stosunkowo blisko, ale to miejsce miało też swoje ciemne strony. Nie, żeby na ktoś okradł (ostrzegano, że to jest możliwe), ale np. w 4 gwiazdkowym hotelu Gotico, nie było internetu! Znalezienie parkingu, a potem zaparkowanie w nim, graniczyło z cudem. Udało się, ale do dziś nie wierzę, że nie mam porysowanej karoserii.

Poza oczywistymi zabytkami jak Sagrada Familia, pałac Guell, czy casa Milla Gaudiego, że o parku Guell nie wspomnę, największe wrażenie zrobiły na nas baseny olimpijskie na wzgórzu Montiuic. Człowiek sobie pływa, a dookoła Barcelona! Może nie dookoła, bo z jednej strony, ale widok wspaniały. Przypomniały mi się igrzyska z 1992 roku i skoki z trampoliny na tle miasta. Ogólnie odpoczęliśmy, choć te wakacje należały do raczej męczących. Tak właśnie lubimy najbarciś 🙂

…i jak tu nie być kibicem.

Chelsea-Barcelona. Półfinał Ligi Mistrzów. Niby nie gra żaden Polak, ale emocje ogromne. Kibicowałem Barcelonie, bo w lipcu będę zwiedzał to piękne miasto, a także dlatego, że wolałem żeby w finale zmierzyły się drużyny z dwóch różnych krajów. Co prawda Anglików w Chesea jest jak na lekarstwo, podobnie jak Hiszpanów w Barcy, ale fajniej jest jeśli finał Ligi Mistrzów różni się trochę od Premier League. Stało się jak chciałem, ale…

…nie powinno się tak stać. Barca była zdecydowanie gorszą drużyną i gdyby w fudbolu panowała sprawiedliwość, to raczej na pewno nie byłoby jej w finale. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale kilka horrendalnych błędów, które popełnił sędzia, wypaczyły wynik meczu i pozostał niesmak. Dwa ewidentne rzuty karne, być może zostałyby obronione, ale byłoby przynajmniej uczciwie, a tak… Cieszę się, że nie jestem kibicem Chelsea, bo pewnie dołączyłbym do tłumów, które miały ochotę go… powiedzieć mu co o nim myślę. Tak czy inaczej w finale 27 maja spotkają się w Rzymie MU i Barcelona, czyli tak jak chciał cały piłkarski świat, w tym ja.

Przyjaciółki

W najnowszej Przyjaciółce ukazał się wywiad z moją skromną osobą. Przypomniało mi się o tym kiedy tankowałem paliwo na stacji i postanowiłem kupić sobie egzemplarz popularnego, kobiecego pisma.

Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że na półkach z czasopismami, Przyjaciółki już nie było. Moje rozczarowanie zauważyły dwie panie, które reklamowały jakieś karty lojalnościowe. Podeszły do mnie i zapytały: Panie Arturze, czy możemy Panu jakoś pomóc?”. – Szukam Przyjaciółki – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Dziewczyny uśmiechnęły się uroczo i powiedziały: – O! To my bardzo chętnie! Cały personel stacji ryknął śmiechem i na nic się zdało tłumaczenie, że chodziło mi tylko o czasopismo. Domyślam się, że jak nie mają co robić, to czytają tabloidy. Karty nie wziąłem.

Wieczny uczeń

Zawsze marzyłem żeby grać główne role. Każdy aktor o tym marzy. Jakoś tak się składało przez większą część mojego aktorskiego życia, że główne role grałem rzadko, bo obsadzano mnie głównie w epizodach, albo rolach dugoplanowych. Od pewnego czasu moje marzenia się spełniły. Gram główne role, ale jak każdy kij, ten też ma swój bolesny, albo raczej uciążliwy koniec.

Główne role mają zazwyczaj to do siebie, że zawierają sporą ilość tekstu do nauczenia się na pamięć. Właśnie zacząłem próby do „Mojej córeczki” Tadeusza Różewicza w reż. Marka Fiedora w Ateneum. Gram wymarzoną główną rolę w moim ukochanym teatrze, reżyseruje znakomity reżyser, a ja cierpię. Nie wiem, czy powinienem to pisać, bo jakiś SE, albo inny Fakt znowu może mnie „wziąć na języki”, ale ….nienawidzę uczyć się tekstu. Na szczęście mam na tyle wykształcone poczucie obowiązku, że nie wyobrażam sobie żebym przyszedł na próbę bez tekstu w głowie i dlatego każdą wolną chwilę siedzę i się uczę. Podobno aktorstwo, to syndrom wiecznego ucznia. Święta prawda. Pocieszam się, że jak już będę umiał, to może wyniknie z tego coś dobrego.

Ostatnia „Szarańcza”

Zdarza się czasem, że nad przedstawieniem pracuje się bardzo długo, a jego żywot jest niezwykle krótki.

Wczoraj zagrałem ostatnią (chyba) „Szarańczę”. Spektakl miał fatalne recenzje i ciężko było o widzów, ale główną przyczyną są…ciąże. Aż dwie aktorki zaszły i jeśli błogostan Kasi Herman jest ok, bo jej bohaterka też jest w ciąży, to już wydatny brzuch Izy Kuny jest problemem i w żaden sposób nie da się go uzasadnić. Niby nie wiadomo, czy po wakacjach sztuka będzie wznowiona, ale coś czuję, że już nie. Trochę mi szkoda, bo sporo mnie ta rola kosztowała i akurat o mnie i Izie (gramy parę) pisze i mówi się bardzo dobrze, to płakał nie będę. Nie kocham takiego teatru.

Bezradność aktora

Człowiek się stara, nie śpi po nocach, żeby na planie zagrać jakąś treść, której nie ma w scenariuszu, a która wzbogaca postać o „coś więcej”, a potem montażysta z reżyserem, lekką ręką , ciach, ciach i i po herbacie. Dzisiaj doświadczyłem tego dwa razy.

Pierwszy raz w „Doręczycielu”, w scenie, w której Ala odrzuca oświadczyny Janka. Nagraliśmy zbliżenie reakcji Janka. Zależało mi na nim, bo chciałem, żeby Jankowi na tym ujęciu popłynęły łzy. Maksymalna koncentracja i udało się. Prosto z oczu, we właściwym momencie Janek zapłakał. Wraz z nim płakały na planie charakteryzatorki, garderobiane, a nawet operator. Niestety, widzowie nie zobaczyli tego ujęcia. Uznano, że było zbędne.

Drugi raz w dzisiejszym „Ranczu”. Wójt daje Czerepachowi jego tupecik, który zachował w szufladzie. Ten nakłada go na głowę i staje się znowu tym Czerepachem, którego znamy. Niestety, ujęcia (zbliżenia) które ukazuje tę przemianę, nie było, choć została nakręcona. Wiem, że zazwyczaj nakręconego materiału jest za dużo i trzeba z różnych ujęć rezygnować, ale czasem nie mogę pojąć, dlaczego rezygnuje się z tych niezwykle istotnych dla roli. Szkoda.

Kuba Wojewódzki

„Wiem, że wielokrotnie odmawiał Pan udziału w moim programie, ale może zmienił Pan zdanie?” napisał do mnie Kuba Wojewódzki. Wszystko prawda.

Wszystko, bo odmawiając udziału, nie chciałem być „przystawką do głównego dania”, a takim kiedyś był program pana Kuby. Teraz też czasem taki jest, (bo co jak co, ale osobowość pana Wojewódzkiego nie jest z tych przeciętnych), ale zdarza się, że jego program ogląda się z wielką przyjemnością (dzisiaj była powtórka z Arturem Andrusem, cuś pięknego!) i mam wielką nadzieję, że ten z moim skromnym udziałem, też taki będzie. Wszystko, bo jakiś czas temu, w programie Teraz MY, pan Kuba bez uzgodnienia ze mną, wypowiedział… moje myśli.

Przed premierą

Nadchodzi jeden z najważniejszych dni w moim życiu. Już niebawem się okaże, czy warto było pisać scenariusz z myślą o mnie, czy warto było mi tę rolę powierzyć, czy jest zapotrzebowanie na takiego bohatera.

Prawdę mówiąc, o tzw. oglądalność w niedzielne popołudnie 1 marca (17.20) jestem spokojny, bo jest spora reklama, a i pora dla familijnego serialu, bardzo dobra. Dręczy mnie jednak pytanie, czy po fajnym „Ojcu Mateuszu”, widzowie będą chcieli oglądać brzydkiego Barcisia, zamiast ładnego Żmijewskiego. Na dodatek, nasz serial jest zupełnie inny niż te, do których widzowie są przyzwyczajeni, a wiadomo, że ludzie najbardziej lubią to co już znają. Mam nadzieję, że moje obawy okażą się płonne, ale i tak tremę mam większą niż przed jakimkolwiek spektaklem. Cóż, będzie… jak będzie.

Turek i Bełchatów

Tak, weekend spędzę w tych miastach. W Turku mam jutro koncert, czyli „Artur Barciś Show”, a w Bełchatowie w sobotę,wraz z moimi przyjaciółmi będę oglądał mecz tamtejszej SKRY.

Przed występem w Turku mam sporą tremę, bo na widowni będzie część mojej rodziny, która w tym mieście (i obok niego) mieszka od dawna, a ja (wstyd się przyznać) nigdy tam nie byłem. Na szczęście, to cudowni ludzie, więc nawet jak zdarzy mi się jakaś sypka, to i tak mnie przenocują. Potem mam od dawna planowany wypad do mojego ukochanego Bełchatowa. Ukochanego, bo choć miasto nie jest z tych najpiękniejszych, to ludzie piękni jak nigdzie indziej. Po meczu (jak SKRA wygra) chyba na pewno napijemy się piwka. Przepraszam, ale przegrana SKRY, nie wchodzi w rachubę, więc na pewno się napijemy.

Czesław

Dzisiaj byliśmy całą rodziną na koncercie Czesława Mozila i jego orkiestry. Domyślam się ilu fanów tego niezwykłego artysty, mi dzisiaj zazdrości. Nikogo nie rozczaruję. Koncert był WSPANIAŁY!!!

Czesława, który śpiewa, co tu ukrywać dość niezwykle, odkryłem jakiś czas temu i tak mi jakoś przypadł do gustu, że prawie wszystkie piosenki z płyty „Czesław Śpiewa-Debiut”, umiem na pamięć. Koncert na naszej warszawskiej Białołęce, zgodnie z tym czego się spodziewaliśmy, tylko umocnił nasz zachwyt nad tym niezwykłym artystą. Jego dystans do tego co robi („jestem tylko facetem z Belgii (wszyscy wiedzą, że wychował się w Danii), o dziwnym akcencie), poczucie humoru („trochę boję się śpiewać w Warszawie moje hardkorowe piosenki z płyty „Tesco value”, bo tu wszyscy znają angielski”), a nade wszystko znakomity warsztat i to coś, co mają tylko wyjątkowi artyści. Ten facet nigdy nie zejdzie poniżej i tak wysokiego poziomu, który sobie wyznaczył. Bedzie tylko, coraz lepszy i dlatego już tęsknię za jego kolejnym koncertem.

Kupiłem sobie płytę „Tesco value” i już zaczynam się jej uczyć na pamięć.

Dowcip

NIc takiego się nie dzieje, ale „coś tam, coś tam” lubię tu od czasu do czasu napisać, więc dzisiaj na wesoło. Taki środowiskowy dowcip wczoraj usłyszałem, to Wam opowiem.

Dwóch aktorów pije wódkę. Po pierwszej butelce jeden pyta: – Dał byś radę teraz wyjść na scenę i grać? Pewnie – odpowiada drugi. Wypili kolejne pół litra i znowu pytanie: – A teraz dał byś radę zagrać? Pewnie, że dałbym radę. Wziąłbym zimny prysznic i spoko. Wypili 3 butelkę i znowu ten pierwszy bełkocze – A tterrraz dałbyś raadde zagrać? – Niie, teraaz już nie. Ale spookojnie mógłbym coś wyreżyseerrować.

To tylko złośliwy żart. Pragnę zaznaczyć, że ja bardzo lubię reżyserów Szczególnie tych, którzy mnie angażują.

Doręczyciel w TVP1

Jak informuje biuro prasowe TVP serial, w którym gram główną rolę i o którym tyle pisałem na tej stronie, wreszcie doczeka się emisji (www.tvp.info/news). Cieszę się bardzo, ale…

….ale też mam wielkiego stracha, jak widzowie przyjmą tę moją nową rolę. Cóż, taki to już jest los artysty. Wystawia się swoją sztukę pod osąd publiczności i chciał, nie chciał, to ONA zawsze ma rację. Bez publiczności, bez widzów, nasza praca traci sens.

Sporo, oczywiście zależy od reklamy, od tego, jak widzowie zostaną zachęceni do oglądania tego właśnie serialu, ale na to już nie mam żadnego wpływu. Prawdę mówiąc, na nic już nie mam wpływu. Czekam na WASZ wyrok. Wyrok w TV = oglądalność. To od niej zależy, czy opowieść o Janku będzie kontynuowana.
Cóż, nie ukrywam, że bardzo bym chciał zagrać jego dalsze losy.

//czytaj również: Doręczyciel – mój blog

Ostry Dyżur Poetycki

To naprawdę coś niezwykłego. Co jakiś czas, Krysia Gucewicz zaprasza do Teatru Narodowego paru swoich przyjaciół, którzy są aktorami i każe im czytać wiersze. Nie trzeba umieć na pamięć, wystarczy umieć …czytać.Wszyscy zaproszeni czytają charytatywnie, a pieniądze z biletów (20 zł) są przeznaczane na zbożny cel. Tym razem czytaliśmy dla fundacji opiekującej się dziećmi autystycznymi. Na widowni tłumy, choć akcja nie jest w żaden sposób reklamowana.

Nastrój muzyczny aranżował nieoceniony Janusz Tylman, a wystąpili tym razem: Zosia Kucówna, Ola Zawieruszanka, Ewa Wawrzoń, Magda Zawadzka, Jurek Szejbal, Kazik Kaczor, Andrzej Kopiczyński, Mariusz Benoit, Jacek Jarosz, no i ja. Atmosfera, za sprawą legendarnego księdza Niewęgłowskiego była ciągle świąteczna, więc zanim zacząłem czytać, to co przygotowała dla mnie Krysia ( niezwykle dowcipne wiersze o zwierzętach Henri Belloc’a) przeczytałem swoją kolędę, która od świąt jest bezczelnie prezentowana… tutaj właśnie.

Chyba się podobało, ale pewnie głównie dlatego, że nikt się tego nie spodziewał.

Gra Orkiestra

Jak co roku i ja gram w Orkiestrze Jurka Owsiaka. Na Allegro jest licytowany mój obrazek, który tym razem ma tytuł (tyle mi się namalowało) „7 aniołków”. Zapraszam.

Jutro będę też prowadził aukcję różnych przedmiotów w Karczewie koło Warszawy.

Jednocześnie przepraszam wszystkie sztaby Orkiestry, którym musiałem odmówić (czasem w najodleglejsze zakątki kraju). Po prostu w niedzielę gram „Odejścia” w Ateneum i muszę być na miejscu. Sie ma!