W kilku słowach...
sp. 22

Język – rehabilitacja w toku

Rzeczy proste i łatwe są zrozumiałe dla większości ludzi. Te bardziej wyrafinowane, wymagające większej uwagi już nie, bo więcej jest ludzi głupich, niż mądrych. Nie zawsze się to łączy z wykształceniem, ale zazwyczaj się łączy. Z jakiegoś powodu jedni ludzie przyswajają wiedzę łatwo i szybko, a dla innych jest to potworna katorga. Ci, którym to przychodzi z trudem mogą nadrobić kłopot pracowitością, ale zdarza się to niezmiernie rzadko, bo więcej jest ludzi leniwych, niż pracowitych.

Pociągnięty za język muszę się przyznać, że sam jestem tego najlepszym przykładem, bo choć uchodzę za pracusia, ze wstydem muszę przyznać, że to tylko pozory, bo np. nie znam dobrze żadnego obcego języka. W szkole uczyłem się jak wszyscy rosyjskiego i nawet nieźle mi szło, bo język, jeśli odrzucić liternictwo dość podobny do naszego. Niestety, teraz nawet gdybym mógł nawrzucać takiemu np. Putinowi, to nie dałbym rady, bo nie potrafię ułożyć po rosyjsku nawet prostego zdania, o czym mogli się jakiś czas temu przekonać widzowie programu „Mamy Cię”.

W liceum uczyłem się dodatkowo niemieckiego, ale się nie nauczyłem. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że nauczycielka była wyjątkowo wredna, bo na niemieckim mówiła tylko po niemiecku, wiec skąd niby miałem wiedzieć o co jej chodzi(?). Dodatkowo wyszła za mąż za jakiegoś Niemca z NRD i cały czas powtarzała, ale już po polsku, że Polska to beznadziejny kraj i, że doczekać się nie może kiedy stąd wyjedzie. W patriotycznym uniesieniu, życzyłem jej w myślach (po polsku rzecz jasna) żeby wyjechała jak najprędzej i jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe, nie uczyłem się języka Goethego i Beckenbauera. Kiedy w końcu wyjechała, szkoła, ku mojej głupiej uciesze nie znalazła niemieckiego zastępstwa i dzięki temu z panią Merkel też w jej ojczystym języku nie pogadam.

Kolejnym językiem, który usiłowałem zgłębić było esperanto. Przyczyna, dla której podjąłem się tego wyzwania nie wynikała bynajmniej z podziwu dla dzieła dr. Zamenhofa. Otóż kółko esperanckie prowadziła pani, która uczyła matematyki i każdy kto miał z tym przedmiotem problemy, dostawał fory jeśli braki matematyczne uzupełniał nauką języka, na którego punkcie matematyczka miała absolutnego hopla. Ja z matematyką problemy miałem potężne i fory były mi potrzebne jak kani dżdż. Esperanta się nie nauczyłem, ale sympatia jaką zyskałem swoim zapałem zaowocowała zdaniem matury z matmy, co bez pomocy tej cudownej kobiety z całą pewnością by się nie udało i kto wie jak potoczyłaby się moja aktorska kariera. Pani Zofio, jeszcze raz dziękuję.

Z języków, których nie znam, najmniej nie znam angielskiego, ale jeśli jakiś cudzoziemiec zapyta mnie – Do you speak English? – z uśmiechem odpowiadam – Yes, but not very well – co jest dużym nadużyciem, bo jakie tam well, że o very nie wspomnę. Niby rozumiem sporo i nawet jak film jest bez polskiego tłumaczenia potrafię się zorientować kto zabił, ale o nawet przelotnej znajomości nie ma mowy. Mój syn, który po angielsku mówi prawie tak samo jak po polsku, z właściwą sobie szczerością twierdzi, że w dzisiejszych czasach nieznajomość (przynajmniej) angielskiego jest rodzajem inwalidztwa i niestety ma rację.

Świat się zglobalizował, granice pootwierały i jeśli się chce z tych dobrodziejstw korzystać, trzeba coś robić żeby nadrobić zaległości. W moim wieku nie jest to łatwe, bo wrodzone lenistwo mi podpowiada, że już się nie opłaca, że będzie tak jak w znanej anegdocie o polskim aktorze, któremu zaproponowano rolę w amerykańskim filmie pod warunkiem, że nauczy się angielskiego. – Dziękuję bardzo – odpowiedział nasz krajowy gwiazdor – Ja się nauczę, potem oni ze mnie zrezygnują i zostanę z tym angielskim jak …kretyn. Takie myślenie jest mi tak obce jak obce są języki, których mimo wszystko zamierzam się nauczyć. Może z tą liczbą mnogą przesadziłem, ale do angielskiego się przyłożę i jeszcze zobaczysz synu jaką Twój ojciec inwalida przeszedł rehabilitację. 1 września za pasem. Czas do szkoły!