W kilku słowach...
mj. 11

Neofita

Trzy sytuacje. 3 stycznia 2010, Zakopane. Stoję w kolejce po karnet do trasy zjazdowej na Szymoszkową. W kolejce prawie sami Rosjanie. Nie mam pojęcia, że pierwsze dni po Nowym Roku, to w Zakopcu tzw. „ruski tydzień”, że wtedy stolica Tatr staje się mekką sąsiadów zza Buga. Nikt mnie nie zna. Fajnie – myślę sobie – odpocznę. Nie, żebym narzekał na popularność, ale rzeczywiście czasem bywa to trochę męczące.

Pogoda wymarzona, świeci słońce, śniegu pod dostatkiem. Kolejka długa, na jakieś pół godziny. Przede mną dwóch nastolatków (na oko 12-14 lat) pali papierosy. Dym leci mi wprost do ust. Próbuję go nie wdychać, ale wiatr jak na złość, wieje w moją stronę. Kiedy decyduję się zwrócić im uwagę, podchodzi ojciec. Dwa metry wzrostu, złoty łańcuch na szyi i kark równy z ogoloną głową. Bierze od jednego z chłopców papierosa i odpala swojego. Odwracam głowę żeby nie widział mojego wyrazu twarzy. Dym otacza mnie nikotynową mgłą.

27 lutego 2010, Olimpiada w Vancouver. Justyna Kowalczyk biegnie po złoty medal na 30 km. Nie mogę oglądać od początku, bo gram komedię „Dziwna para” w teatrze Capitol. Z moich obliczeń wynika, że do domu nie zdążę, ale ostanie 10 km. zmagań naszej wspaniałej sportsmenki mogę obejrzeć w pubie nieopodal teatru. Wchodzę, znajduję miejsce przy barze naprzeciwko telewizora. Niewiarygodne emocje, mordercza walka „naszej Justyny” z Marit Biorgen, która wcześniej „odebrała” jej dwa złote medale. Wygra, musi wygrać! I nagle czuję, że zaczynam się dusić. Nie mam czym oddychać. Dopiero teraz widzę, że …nic nie widzę. Jest szaro od dymu. Tłum ludzi zanurzony w sinym smogu nie zauważa, że w powietrzu nie ma już tlenu. Wygrała! Mamy złoty medal. Ja mam zatkane oskrzela i cuchnące ubranie, którego przez długi czas nie mogę doprać.

3 kwietnia 2010, Warszawa. Rodzinny obiad w restauracji. Udział w Tańcu z Gwiazdami sprawia, że nie ma czasu na gotowanie w domu. Przy okazji zrobimy zakupy, więc pozostaje restauracja w centrum handlowym. Ciasno, stolik przy stoliku. Nie ma podziału na palących i niepalących, ale jest wentylacja. Europa. Obiad smaczny i nawet niedrogo. Nagle między pyszny filet z kurczaka z grilla, a sałatkę z ruccoli, wdziera się papierosowy dym. Przy stoliku obok, śliczna dziewczyna, ze łzami w oczach, zaciąga się, opowiadając koleżance jak bardzo jest jej źle na świecie. Współczuję jej, ale wiem, że mnie też jest źle. Dlaczego, ja niepalący, ciągle jestem zmuszany do wdychania trucizny, która mnie zabija. Wiem, że dla większości palaczy, to co piszę to demagogia. Nie mają poczucia, że choć palą paczkę dziennie, to dobrowolnie skracają swoje życie.

Argument, że babcia kogoś tam, paliła od rana do wieczora i dożyła 100 lat, jest silniejszy niż dane statystyczne. Mówi się, że najgorsi są neofici. Cóż, jeśli trzeba, proszę bardzo. Mogę być najgorszym, nietolerancyjnym, nieczułym i upierdliwym (tak się o mnie mówi w teatrze) byłym palaczem. Tak, paliłem przez 15 lat. Od 20 lat nie palę i bardzo jestem wdzięczny posłom RP, że uchwalili ustawę o zakazie palenia. Już niebawem, my niepalący, nie będziemy musieli wdychać dymu, który szkodzi nam równie dotkliwie jak tym, którzy trują się z własnej woli.

I jeszcze jedno. Mam nadzieję, że prawo będzie choć trochę, lekarstwem na skrajną głupotę. Niedawno, stojąc w korku widziałem rodziców odwożących do szkoły trójkę swoich pociech. Dzieci (ok. 7, 10, 12 lat) siedziały na tylnym siedzeniu, a tatuś i mamusia palili, dyskutując zawzięcie. Szyby były zamknięte, bo …było zimno. Nie mogę sobie darować, że nie wysiadłem z samochodu i nie uświadomiłem tym ludziom, jak bardzo krzywdzą swoje dzieci. Nie lubię zakazów. Bardzo szanuję ludzkie prawo do wolności. Prawo ludzi palących również. Ale też zgadzam się z maksymą, że każda wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.