W kilku słowach...
kw. 13

Kolejna lekcja polskiego

Plan filmowy. Dwuosobowa scena pełna dialogów. Niestety, nie możemy ruszyć z miejsca, bo aktor, który jest moim partnerem, nie nauczył się tekstu na pamięć. Cała ekipa, ok 50 osób jest wściekła, bo czas goni, to co zaplanowane trzeba nakręcić i nie ma przebacz.

Na dodatek, mój kolega, zamiast przeprosić za swoją niedyspozycję, wygłasza, tym razem z pamięci, wielki monolog o tym, jaki to nasz ojczysty język jest beznadziejny, jak głupimi zasadami się kieruje, jak jest nielogiczny, nieżyciowy, zawiera tak potworną ilość złośliwych zbitek językowych typu -ść, -szcz,-dzić,-dźdź,-szż itd., że bardziej nadaje się (cytat) „do dupy niż do gęby” i właśnie dlatego jest nie do nauczenia.

Było mi za niego wstyd, bo jakoś inni aktorzy, łącznie ze mną, mimo kłód rzucanych im pod nogi, a raczej w usta, przez nasze językowe zawiłości, dawali radę uporać się tym problemem, ale faktem jest, że choć bardzo się staram mówić po polsku poprawnie i ze złą polszczyzną walczę gdzie się tylko da, również na tych łamach, to bardzo często sam łapię się na tym, że ten nasz język jest rzeczywiście potwornie skomplikowany.

Wymądrzałem się tu kiedyś na temat dopełniacza partytywnego, mimo to, ciągle zdarza mi się kroić „pomidora” zamiast „pomidor”, jeść „naleśnika”, a nie „naleśnik”, choć przecież biorę do ręki „długopis”, a nie „długopisa”, i kupuję „samochód”, a nie „samochoda”.

Z formą „mi”, czy „mnie” uporałem się już dawno, ale ciągle słyszę, szczególnie wśród młodzieży, „Mi się to nie podoba”, albo „Zazdrościsz mnie?”, choć wiadomo, że forma „mi” jest zawsze nieakcentowana, więc nie może występować na początku zdania.

Gdybyśmy tylko z gramatyką mieli problemy, byłoby pół biedy. Niestety, dochodzi jeszcze wymowa i jej szlachetniejsza siostra dykcja. Doprawdy, podziwiam cudzoziemców, którzy potrafią sobie poradzić z naszymi źdźbłami, dźdźami, przylaszczkami i chrząszczami brzmiącymi w trzcinach. Jednego, niestety pojąć nie potrafię. Dlaczego my sami nie radzimy sobie w tak prostej wydawałoby się sprawie, jak końcówka -om i -ą.

Gdzie nie pójdę, słyszę; robiom, grajom, pijom, tańczom, mówiom, piszom. Jestem pewien, że oni sami, gdy piszą, to „piszą”. Dlaczego, więc gdy mówią, to „piszom”?!

Wszystkim, którzy tak mówią niech da do myślenia fakt, że większość polityków, którzy w ten sposób kaleczyli trudną, bo trudną, ale jednak mowę naszych ojców, została srodze (naiwnie wierzę, że również za to) ukarana przez wyborców i teraz uczą się polskiego pasąc krowy, pośpiesznie zakładają kancelarie adwokackie, albo grzeją ławy opozycji.

Obawiam się również, że prawo rynku może równie srodze karać aktorów, którzy nie nauczą się tekstu na pamięć, dlatego pozwolę sobie już teraz zakończyć ten felieton.