W kilku słowach...
sp. 07

Aparatura ratująca życie skonała

Kilka dni temu aparatura ratująca mi życie skonała w drgawkach agonalnych na kuchennym stole… no i po ciśnieniomierzu. A taki był ładny 🙂 amerykański 🙂 i szlag go trafił po kilku tygodniach.Możliwe, że eksploatowany był trochę ZA mocno , bo ciśnienie mierzyłam bardzo starannie 2 do 3 razy dziennie celem uspokojenia Miśka ale i uważam, że powinien był wytrzymać jeszcze trochę, a skoro nie wytrzymał, to pies z nim tańcował polkę-przytupkę z figurami.

Nie zdążyłam się nawet ucieszyć ,że na planie serialu „ja i ciśnienie moje” padł ostatni klaps, bo Misiek w ostrym szwungiem poleciał kupować nowy. Nie dał sobie powiedzieć, że te elektroniczne to niekoniecznie są takie cudowne, że zegarowy lepszy i że sama to załatwię ale równie dobrze mogłam pogadać sobie do lampy. Jak się Kaszeb uprze, to nie ma zmiłuj…

W każdym razie po wielu perypetiach, kręceniu nosem i wybrzydzaniu nabył drogą kupna ciśnieniomierz specjalnie dla mnie i mojego ciśnienia, które rożne sztuki wyczynia w zależności od pogody, humoru, własnych poglądów i kaprysów… Historia zakupu ciśnieniomierza godna jest co najmniej epopei trzynastozgłoskowej, więc daruję sobie opis zakupu tegoż… W każdym razie mam!

Znowu mam na własność urządzenie mierzące tętno wraz z przyległościami i tym razem bardzo ale to bardzo dla mnie się ONO podoba! Bo za każdym pomiarem podaje wizualnie i głosowo iż moje własne, rodzone ciśnienie jest bardzo dobre czyli normalne,hi,hi,hi…Misiek się cieszy, ja też, bo zadowolony i radosny facet to czysty zysk dla każdej kobiety, a ciśnienie i tak pokątnie mierze sobie na „normalnym” aparacie z dala od jego oczu modrych i osoby chudzieńkiej…. złe nie jest, ale mogłoby ustalić się na chwil kilka w poziomie jednolitym, a nie tak sobie skakać samochcąc dowolnie.. ale szlag mu na monogram… przecież ciśnienie nie będzie mną rządzić!!

Przyjdzie walec i wyrówna 🙂