W kilku słowach...
mj. 26

Język

– Język jest żywy – odpowiedział mi prof. Kopaliński, kiedy na jakimś przyjęciu powołując się na jego autorytet, próbowałem udowodnić mojej żonie, że coś tam mówi źle po polsku.

Nie drążyłem tematu, bo choć miałem rację, pytanie było mimo wszystko nie na miejscu. Miejscem była kolacja u znajomych, z którymi wybitny polonista był zaprzyjaźniony i pytanie go o takie rzeczy, było jak nagabywanie lekarza o przyczynę kolki w podbrzuszu.

Prof. Władysław Kopaliński był autorem słynnego Słownika Wyrazów Obcych, który funkcjonował w czasach PRLu również w taki sposób, że jeśli ktoś nauczył się go na pamięć, był uważany za inteligenta. Niektórym „inteligentom” obce wyrazy się jednak czasem myliły i wychodziły z tego różne zabawne historyjki jak ta o żonie ministra.

Otóż pewien minister miał żonę, która służyła mu głównie do wyładowywania swoich frustracji. Co frustrowało ministra socjalistycznego rządu nie wiem, (choć się domyślam), fakt faktem, że pani ministrowa często chodziła w ciemnych okularach. Nie wszystko dało się jednak ukryć i kiedy jakaś sąsiadka widząc jej poobijaną twarz zapytała, co się stało, ta z godnością odpowiedziała: – A wie pani, nic takiego. Po prostu mieliśmy z mężem takie małe anchois. Chciała zapewne powiedzieć tet, a tet, ale ponieważ nie rozumiała ani jednego, ani drugiego powiedziała jak umiała. Żony ówczesnej władzy były obiektem bardzo wielu anegdot i dowcipów głównie, dlatego, że były to bardzo często proste kobiety, które znalazłszy się na świeczniku robiły wszystko, żeby blask komunistycznych świec nie oświetlał przypadkiem słomy, która wystawała im z bucików. Do legendy przeszedł dowcip jak to Jaroszewiczowa (będąca dość wykształconą osobą) zwierzała się, Gierkowej, że kiedy była z Babiuchową w Muzeum Narodowym, ta wzięła Malczewskiego za Fałata! – Coś ty? Przy ludziach?- oburzała się pani premierowa.

Prawdę mówiąc moja naiwność, że wraz z nastaniem demokracji umiejętność mówienia po polsku, a nie po polskiemu stanie się ambicją naszych polityków do dziś mnie zadziwia.

No, bo niby, z jakiej racji taki jeden z drugim miałby nagle zacząć mówić „poszedłem” zamiast „poszłem” skoro zdecydowana większość jego elektoratu mówi ( i pisze!)”poszłem”? Socjotechnicznie rzecz ujmując, wręcz nie powinien! Podobnie jest z wyrazem „włączać”. Prawie każdy naprawiacz pralki, rurki w zlewie, telewizora, czy kontaktu ( a nawet, o zgrozo komputera!) zawsze wszystko „włancza”, albo „wyłancza”, choć takie wyrazy w języku polskim nie istnieją! No, widocznie istnieją skoro ludzie tak mówią, a że autorzy Największego Słownika Języka Polskiego uparcie nie chcą uznać ich za prawidłowość, to tylko ich, językowych purystów zacietrzewienie. Ja też widocznie jestem jakoś głupio zacietrzewiony, bo niczym Don Kichot wytoczyłem wojnę wyrazowi, który również nie istnieje, a jest w tzw. potocznym użyciu i macha swoimi wiatrakami gdzie się tylko da. W radiu, w telewizji, wszędzie.

To, że nagminnie używają, go politycy, nawet mnie specjalnie nie dziwi, bo jak wiadomo trzeba docierać do różnego elektoratu, a ilość wyborców, dla których używanie nieistniejących wyrazów ma jakiekolwiek znaczenie jest zdecydowanie marginalna. Tym bardziej, że oni sami nie mają pojęcia, że mówią źle. Domyślam się, że w tym momencie, wszyscy domorośli poloniści zachodzą w głowę, o jaki popularny wyraz mi chodzi, więc ogłaszam! W języku polskim nie ma wyrazu „przekonywujący”! Nie ma! Jest „przekonujący”, jest „przekonywający”, ale „przekonywującego” nie ma!

Zdziwili się, co poniektórzy, co? Wiem, co mówię. Kiedyś jeden bardzo znany reżyser chciał się ze mną założyć o wszystko, że nie mam racji, bo on jest „przekonywujący” od zawsze, ale oszczędziłem biedaka, bo to wszystko, co chciałbym od niego wygrać i tak było nie do wygrania. Są rzeczy, których wygrać nie można. Podobnie jak moja walka o czystość naszego języka. Ale dopóki ktoś będzie przy mnie „przekonywujący”, to ja postaram się być bardziej przekonywAjący od niego.

A co mi tam. Język jest żywy.

Artur Barciś