W kilku słowach...
mj. 25

On

Gwar widowni. Zaraz wejdę na scenę, zaraz zrobi się cisza, zaraz się zacznie. Ale jeszcze nie teraz. Kurtyna jak krata konfesjonału oddziela mnie od tych, którzy na koniec spektaklu dadzą mi (albo nie dadzą) rozgrzeszenie. W kurtynie jest maleńka, zupełnie niewidoczna dla widzów dziurka, która jeśli blisko przyłożyć oko pozwala przyjrzeć się publiczności. To ostatnia szansa.

Potem, kiedy reflektory zaleją mnie swoim światłem, to grono ludzi, mających ze sobą tyle wspólnego, że właśnie dzisiaj los zebrał ich w tym miejscu, stanie się czarną otchłanią spontanicznie reagującą ( lub nie) na to, co się dzieje na scenie. W pierwszym rzędzie grupka młodzieży. Uśmiechnięte, rozgadane i podekscytowane twarze. Wyglądają na członków jakiegoś kółka teatralnego. Obok nich lekko zaniepokojone sąsiedztwem starsze małżeństwo. Ona w eleganckiej czarnej garsonce, on w szarym garniturze pod muchą. Widać, że wyjście do teatru to dla nich święto. Rodzaj ceremonii, którą pielęgnują od lat. Za nimi w drugim rzędzie czterech biznesmenów. Jeden rozmawia przez komórkę (która potem zadzwoni niestety w trakcie spektaklu), pozostali dyskutują o czymś zawzięcie. Teatr jest punktem programu ich wizyty w Warszawie. Kilka rzędów do góry. Samotna kobieta nerwowo spoglądająca na zegarek. Obok pusty fotel. Wszystko jasne. Poza tym sala jest pełna. Kilka osób stoi pod ścianą licząc na wolne miejsca, których nie ma. Będą siedzieli na schodach, bo pusty fotel też tuż przed drugim dzwonkiem zostanie jednak zajęty.

Przyglądam się tym ludziom i kocham ich. Jestem im niewymownie wdzięczny, że zamiast oglądać telewizję, albo pójść do knajpy wybrali spektakl, w którym gram.

Nagle coś wzbudza mój niepokój. Jakaś twarz, którą już gdzieś kiedyś widziałem. Przyglądam się uważnie i zimny pot spływa mi po plecach. Tak, nie mylę się. W szóstym rzędzie, na samym środku siedzi ON. Nie przyszedł tu dla przyjemności. Jest w pracy. Nie przyszedł niczego przeżyć. Przyszedł ocenić. Wyłapać błędy i potknięcia, a potem opisać je w swojej gazecie. Wiem, że mnie nie ceni, bo wielokrotnie głosił, że aktorzy, którzy grają w sitcomach, to szmirusy. A jednak przyszedł. Pewnie miał wolny wieczór i nie wiedział, co ze sobą zrobić. Przyszedł utwierdzić się w swoich przekonaniach. Trzeci dzwonek. Co mnie podkusiło żeby zajrzeć w tę dziurę? Inspicjent ogłasza gotowość rozpoczęcia spektaklu. Staję na pozycji. Jestem skupiony, ale spokojny. Sekundę wcześniej uświadomiłem sobie, że ON jest tylko jednym z widzów. I wcale nie najważniejszym. Sto razy bardziej zależy mi na opinii starszej pani w garsonce. Kurtyna. Zaczynamy.

Do dzisiaj czekam na JEGO recenzję. Nie napisał. To dobrze. Znaczy, że mu się podobało.

Artur Barciś