W kilku słowach...
lis 05

Takie czasy?

Nie uważam żebym był kimś wyjątkowym. Pracuję, a moja praca polega na graniu kogoś innego niż jestem. Jestem aktorem. Tak się złożyło (udało?), że moja praca zaowocowała sporą popularnością dzięki czemu stałem się tzw. osobą publiczną. Dzień jak co dzień, skończyłem próbę i robię zakupy. Jak większość ludzi w sklepie wkładam do koszyka odpowiednie produkty i staję w kolejce do kasy. Nikt mnie nie zaczepia (to kłamstwo, że jak ktoś jest znany z TV, to rzucają się na niego tłumy ludzi przy każdej okazji), tylko pani przy kasie uśmiecha się znacząco i dyskretnie prosi o autograf. Nagle dzwoni moja komórka. Odruchowo spoglądam na numer, nie znam. Płacę kartą, numer pin i zielone, wkładam zakupy do płóciennej torby, komórka groźnie dopomina się odbioru, odbieram. – Czy pan Artur Barciś? – Tak, słucham? – Dzień dobry Panu. Nazywam się Andrzej Kamiński i jestem rzecznikiem prasowym Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Warszawie. Chcielibyśmy żeby został Pan twarzą naszej firmy, co Pan na to? – Nie, dziękuję.

Już wiem, że to jest kolejny radiowy żart, mam zamiar się rozłączyć, ale facet nie odpuszcza. – Proszę poczekać Panie Arturze, mamy dla Pana przeznaczone spore środki (przynajmniej wie, że urzędnicy nigdy nie mówią słowa pieniądze), co by pan powiedział na kwotę 100 tys? – Nic bym nie powiedział, niech pan się nie wysila, bo żadnego materiału z tego nie będzie. Jeśli pan sądzi, że był pan niezwykle oryginalny, to jest pan w błędzie. Co drugie radio w naszym wolnym kraju urządza sobie takie zabawy, podobnych propozycji dostałem już w ciągu tego roku kilka, więc jeśli pan myśli, że jestem idiotą, który da się nabrać na taki numer, to się pan myli. Rozłączył się zanim dokończyłem zdanie. Teraz pewnie grzebie w notesie w poszukiwaniu kolejnej ofiary, która rozbawi do łez słuchaczy jego debilnej audycji.

Zastanawiam się na czym polega popularność takich programów. Rozumiem, że ludzie się cieszą, gdy jakiś celebryta, czyli ktoś kto jest znany z tego, że jest znany, „się odkryje” i wyjdzie na jaw, że pod błyszczącą politurą jest tylko szare płótno. Nie żałuję takich ludzi, bo powinni wiedzieć, że droga na skróty jest usłana tego rodzaju pułapkami. Jednak jeśli dla medialnej zgrywy dziennikarz robi sobie jaja z kogoś kogo cenię i szanuję, to mój współczynnik tolerancji gwałtownie spada. I nic tu nie ma do rzeczy tzw. poczucie humoru.

Krystyna Janda tłumacząca jakiemuś „miejskiemu urzędnikowi”, że to nie ona się zgłosiła do konkursu na głos nowej linii metra, że życzyli sobie tego mieszkańcy Warszawy, nie była zabawna. Kuba Wojewódzki, w którego programie nastąpiło „wpuszczenie”, tłumaczący się, że to tylko żart, nie był zabawny jeszcze bardziej. To po co to było? Może liczyli, że Krysia zacznie przeklinać, albo odwoła się do HGW, czy Tuska? Może zażąda nazwiska urzędnika grożąc, że jutro kretyn wyleci z pracy? Nic takiego się nie stało. Wielka aktorka zażenowana poziomem klasy urzędniczej i tyle. Jedyna korzyść, to sygnał, że z tym poziomem musi być naprawdę źle, skoro w to uwierzyła.

Wpuszczanie znanych ludzi w takie maliny nie jest niczym nowym. Sam byłem mimowolnym obrońcą pewnego białoruskiego spadochroniarza, który wylądował w moim ogrodzie w programie „Mamy Cię”. Różnica polega na tym, że tamto było naprawdę zabawne i sympatyczne, a to już nie. W tamtym programie pokazano mi jaki materiał pójdzie do emisji i miałem prawo się na coś nie zgodzić. Zaproszono mnie do studia i wraz z całą Polską zarykiwaliśmy się do rozpuku. Dzisiaj chodzi o to, żeby skompromitować, upodlić, a im większe nazwisko tym lepiej. Żeby jak się wyraziła pewna dziennikarka od magla „poskrobać paznokciem po obrazku, to zawsze się człowiek czegoś doskrobie”. Jasne, że tak. Każdy ma jakieś tajemnice. Tylko, po co? Ku uciesze gawiedzi? Ku zaspokojeniu prymitywnych instynktów części społeczeństwa? A może żeby poznać Prawdę? Że co, że takie czasy? Że z czasami trzeba się pogodzić? A ja myślę, że czasami nie trzeba, a czasami nawet nie wolno.