W kilku słowach...
lut 25

Facecje fobii w kontredansie natręctw…

Nerwica natręctwCo może się wydarzyć, gdy pod gabinetem wziętego psychiatry spotka się sześcioro przypadkowych osób z różnymi natręctwami i fobiami? Właśnie do takiego miejsca zabiera nas Laurent Baffie za pośrednictwem niezwykłego talentu reżyserskiego Artura Barcisia w spektaklu pod intrygującym tytułem „Nerwica natręctw”.

Na dokładkę cała sztuka toczy się w jednym pomieszczeniu, a to już stwarza pewne ryzyko, bo wcale nie jest łatwo skonstruować opowieść pełną emocji bez dodatkowych atrybutów, jak chociażby zmieniająca się scenografia. W przypadku „Nerwicy natręctw” statyka aranżacji wnętrza jest wartością dodaną, bo na pierwszy plan wybija się mistrzowska gra aktorska całego zespołu, co pozwala skupić się na treści sztuki bez rozpraszania uwagi na przyjemną dla oka, ale w sumie niewiele znaczącą otoczkę.

„Nerwica natręctw” w lekki i przezabawny, a jednak dający do myślenia sposób opowiada o zaburzeniach psychicznych, które często są niezrozumiałe, w większości nieakceptowane społecznie i ciągle stanowią temat tabu. Realizując komedię opowiadającą o tak delikatnej materii, jaką jest ludzka psychika bardzo łatwo można skaleczyć ją przerysowaniem, co mogłoby przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. W „Nerwicy natręctw” historie i przeżycia poszczególnych bohaterów opowiadane są z przymrużeniem oka, z wysublimowanym dystansem, a przede wszystkim z wyczuciem i bez wyśmiewania problemu chociaż śmiech towarzyszy widzowi przez cały spektakl.

Trudno nie śmiać się kiedy Fred z zespołem Touretta (Zdzisław Wardejn) przeklina w najmniej odpowiednich momentach, Artur Barciś jako taksówkarz daje się ponieść arytmomanii namiętnie wszystko przeliczając. Nie da się utrzymać powagi patrząc na Jowitę Budnik zatopioną po kokardy w udręce sprawdzania czy wszystko jest na właściwym miejscu, Karolinę Sawkę powtarzającą każde zdanie po dwa razy (palialia) z szybkością karabinu maszynowego, czy Katarzynę Herman obsesyjnie myjącą ręce i wietrzącą pokój żeby ulżyć swojej nozofobii. Jest jeszcze Rafał Królikowski chodzący po meblach i niemalże ścianach ze strachu przed nadepnięciem na linie, których na podłodze poczekalni jest cała masa.

Każda z postaci jest inna, charakterystyczna i wyjątkowa, dająca aktorom pole do rozwinięcia całego wachlarza swoich komediowych możliwości. Wszyscy grają na wysokim C, ale bez przerysowania swoich postaci, bezbłędnie wyczuwając cienką granicę pomiędzy byciem zabawnym, a byciem śmiesznym. Nie ma tu sztywnego podziału na role pierwszo i drugoplanowe, grają wszyscy, cały zespół i dzięki temu tempo spektaklu ani na chwilę nie traci na intensywności.

Oprócz oryginalnego scenariusza, fantastycznej reżyserii oraz gry aktorskiej z najwyższej półki widz otrzymuje mądrą komedię wyróżniającą się jakością spośród innych tego typu propozycji. Aż chciałoby się jeszcze i jeszcze, bo tak rzadko można trafić na równie skuteczną terapię śmiechem. Wszak wszyscy jesteśmy zwariowani, chociaż nie wszyscy jeszcze zdiagnozowani…
MiM

Zostaw odpowiedź