Misiek

Ten pierwszy raz

…w Barcisiowej checzy

Zawsze kiedy trzeba przypomnieć sobie jakieś zdarzenie z przeszłości, mam dziwne wrażenie, że to co pamiętam tak naprawdę nie jest tym czym było, i że to tylko moje wyobrażenie o tym co, mogło by być…. Wiecie o czym mówię? Pojawiają się luki, które wyobraźnia zapełnia treścią odpowiadającą moim marzeniom i pragnieniom. Czasem jest to wygodne, bo pozwala uczynić moje życie bogatszym, barwniejszym chociaż wiem, że nie wolno mi „przegiąć”, bo ludzie przestaną traktować mnie serio. Jeżeli nie wiecie o czym mówię, to musicie uwierzyć mi na słowo.

Jak mawia „Imora” czyli moje kochane Słońce, wodzirej na balu mojego życia – całkiem normalny, to ja nie jestem, więc możecie się ze mną nie zgadzać, ale Kaszubi tak mają 😉
A wracając do rzeczy. Spróbuję skupić się i nie dopuścić do niekontrolowanych wybryków pamięci.

Wiedziałem, że Gosia „aktywnie” koresponduje z Arturem Barcisiem. Wiedziałem też, że zarejestrowała się na forum BF i o dziwo również aktywnie uczestniczy w formowych dyskusjach. Dlaczego „o dziwo”? Ano dlatego, że Gosia, powiedziała mi kiedyś, gdy intensywnie udzielałem się na forum traktującym o strzelectwie i pneumatykach, że nie popiera takiej formy kontaktu z ludźmi, a rozmowy polegające na naciskaniu klawiszy absolutnie jej „nie kręcą”.

No i co? No i któregoś pięknego dnia, moje Słońce oświadczyło mi nieśmiało, że zostaliśmy zaproszeni przez samego Artura Barcisia do jego domu na calutki weekend. Uff! Trzeba przyznać, że potrzebowałem kilku dni żeby oswoić się z tą myślą. Potrzebowałem czasu żeby „przetrawić” myśl, że sam Artur Barciś chce gościć w swoim domu zwykłego, szarego „konsumenta” jego pracy artystycznej. Artur był dla mnie „Norkiem” z „Miodowych Lat”, które z wyjątkowym zapałem śledziłem w Polsacie, a tu nagle mam być gościem w jego domu! Szok!

Nie byłem osobiście zaangażowany w życie Barcisiowego Forum, a tym bardziej w życie sceniczne i filmowe Artura, więc czym mam być podczas tej wizyty? Ok, mogę być choćby i tłem. Tak zdecydowałem. Pojechaliśmy więc pociągiem do Warszawy, bo samochodem baliśmy się jechać ze względu na sędziwy wiek naszej Toyotki, która mogłaby nie wytrzymać takiej eskapady. Późnym popołudniem dojechaliśmy do Warszawy i po wielu próbach w końcu udało się nam wyrwać z głębin Dworca Centralnego i jak te dwa prowincjonały stanęliśmy niepewnie przed głównym wejściem.

Normalny człowiek złapał by taksówkę lub choćby zorientował się w rozkładzie jazdy komunikacji podmiejskiej, ale my przecież nie jesteśmy do końca „normalni”, więc Gosia zadzwoniła do… Artura! Spokojnie, spokojnie. Taka była umowa więc Artur wiedział co go czeka (w przeciwieństwie do nas). Po dość krótkiej chwili oczekiwania, ni stąd, ni zowąd pojawił się sam Artur Barciś! Podszedł do nas ubrany w zielone spodnie, czerwoną koszulę (lub odwrotnie) z narzuconą na ramiona granatową marynarką ozdobioną kolorowymi guzikami …i w poplamionych świeżą farbą butach! Pomyślałem, że chyba ma remont w domu i przynajmniej do czegoś się przydam.

Przywitał się z nami jak ze starymi przyjaciółmi i znowu zaczęliśmy zagłębiać się we „wnętrznościach” dworca żeby dojść do samochodu. Artur maszerował z Gosią dyskutując o urokach podróży, życiu w Warszawie, ruchu drogowym, planach dotyczących naszego pobytu i jego dzisiejszej pracy w teatrze, a ja z tyłu, z bagażami, nie mogąc oderwać oczu od skromnej postury faceta, który tak zadziwiająco szybko przebiera nogami obutymi w intrygujące buty spryskane różnokolorowymi farbami…. I nikt z mijanych ludzi nie zwraca na Niego uwagi?! No cóż, ci ludzie pewnie nie byli z Kartuz. 😉

Po kilkuminutowym „prawiebiegu” doszliśmy do samochodu, zapakowaliśmy tobołki do bagażnika i ruszyliśmy w drogę. „Ruszyliśmy” jest określeniem trochę na wyrost. Warszawa w godzinach popołudniowych nadaje się raczej tylko do spacerów. Rzeka samochodów posuwała się bardzo powoli jak skaleczona gąsienica. Nasz gospodarz niczym nie zrażony, słuchając radia Tok FM (to chyba ulubiona stacja Artura) umilał nam czas rozmową o teatrze, o swojej pracy i aktualnej sytuacji aktorów jako pracowników teatru. A ja chłonąłem jego obecność każdym receptorem… Albo może inaczej – do bólu napawałem się bliska obecnością człowieka, który dotychczas był tylko jedną z postaci przewijających się na ekranie mojego telewizora. A tu był ON, namacalny i całkiem materialny i taki… ludzki. Ba! Mogłem nawet zadać mu pytanie i oczekiwać odpowiedzi! Dla mnie była to sytuacja, którą musiałem, jak zwykle w moim przypadku, „przetrawić”.

Jechaliśmy około godziny byłem głodny, ale nie przyszło mi do głowy żeby wspominać o tak przyziemnej czynności jak jedzenie. Gosia jednak bezceremonialnie oświadczyła, że z głodu burczy jej w brzuchu i dobrze byłoby gdyby mogła coś zjeść. Po wyrwaniu się z zatłoczonego centrum Warszawy szybko znaleźliśmy się na Białołęce, a konkretnie w restauracji znanej większości „barciśfanów” czyli w „Dzikim Zakątku”. Zamówiliśmy pierogi i konsumując je rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym nie mogąc oczu oderwać od Artura, który z żalem wyznał, że musi lecieć na spektakl i niestety nas opuści, więc zaraz odwiezie do swojego domu i będziemy tam sobie czekać na Bebę, która ciężko tyra w telewizji. Czyli że co??? Będziemy sami w domu Barcisiów??? Właściwie obcy ludzie sami w domu takiego znanego aktora??? Przez co najmniej godzinę??? No i jak tu nie lubić tego faceta? Nie pamiętam by ktoś obdarzył mnie takim zaufaniem…

Okazało się, że jednak nie byliśmy tak zupełnie sami. Towarzystwa dotrzymywały nam kot Pędzel i czujny jamniczek Lurka. Ufff… Nie żeby przeszkadzały mi zwierzęta ale taka sytuacja naprawdę przerosła moje pojmowanie świata. No cóż, trzeba poszerzać horyzonty 😉

Jako się rzekło Artur szybko przetransportował nas pod swój dom, wprowadził do salonu, pokazał nam nasz pokój i polecił żebyśmy czuli się jak u siebie i popędził do obowiązku. Usiedliśmy oboje, gęby rozdziawiliśmy ze zdziwienia i słowa nie mogliśmy wydusić. Zwierzaki zaciekawione obecnością „nowych” na swoim terytorium wyrwały nas z tego letargu i pozwoliły oswoić się nową sytuacją.

Po jakimś czasie zadzwonił telefon. To był Artur z drogi do teatru. Zaproponował rozpalenie ognia w salonowym kominku na co Gosia, jako zapalona piromanka natychmiast zabrała się za układanie podpałki. Drewna było mało więc poszedłem do ogrodu narąbać polan do kominka. I tak siedzieliśmy sobie, my i zwierzaki patrząc na ogień i czekając na gospodarzy.
Po jakichś dwóch godzinach kiedy już „zadomowiliśmy” się w domu naszego gospodarza, z pracy wróciła pani Beata Barciś. I znowu zostaliśmy potraktowani jak starzy znajomi. Po naprawdę gorącym przywitaniu i przy kubku pachnącej kawy słuchaliśmy opowieści pani Beaty o pracy w telewizji, filmach, sztuce montażu i już nie pamiętam o czym jeszcze.
No i moje pojęcie gościnności zostało ponownie wydatnie wzbogacone. Jakiś czas po pani Beacie wrócił Artur, ale to już nie jest „mój pierwszy raz” lecz raczej drugi 😉

Ten drugi raz przeciągnął się do późnych godzin nocnych, co dosyć znacznie naruszyło moją równowagę fizjologiczną. Poznałem zdolności kulinarne naszego Gospodarza, wylewnie wzbogacone poczuciem humoru i zapasami z barku Państwa Barcisiów. Oszczędzę szczegółów potencjalnemu czytelnikowi. Każdy wie, jak przebiegają „długie nocne rozmowy starych przyjaciół”. Prawda? 😉 Nieważne, że jestem tylko zwykłym „zjadaczem” sztuki aktorskiej, ważne, że mogłem „dotknąć” czegoś, co wydawało mi się tak nieosiągalne i niedostępne a w sumie całkiem realne i takie …swojskie!

I niech mi ktoś powie, że życie niczym nie zaskakuje!

To pisałem ja, Misiek z Kaszub 🙂