W kilku słowach...
gru 13

Patrz Pan Panie Arturze Zdzich Antoszczyk był zaniemógł…

Patrz Pan kochany panie Arturze, był swego czasy na ulycy Warcki niedaleko mnie, Zdzich Antoszczyk, któren w ramach spożytych napojów wyskokowych był zaniemógł, ani on twardy był ani mientki, ot zwyczajny chłop, zona jego go w trombe póściła z listonoszem manieskim, któren od czasu afery tamtej w mieście naszym sie nie pokazywał ani słuch o niem nie docierał, a sama zabrawszy dupe w troki sie wyniesła do siostry swej na podzamcze, u której do dnia dzisiejszego bez kozery pomieszkuje, atóż Zdzich ów, zaniemóg jakżem już napomknoł, no to żem koleżkie megho w chorobie odwiedził i mnie zaczoł opowiadać… W imię Kurwy, i Chuja i Pizdy pierdolonej, Amen. Kolejny dzień z kategorii ostatnich?, czas zacząć.

Cholera, nawet oczy są zbyt zmęczone tym całym dziadostwem aby podnieść zasłony i patrzeć, obserwować, przyswajać, przesyłać dane do głównej nagrywarki, cholera nawet im się już nic nie chce, ale nie ma tak, jeszcze muszą spoglądać i mam w dupie to czy im się chce czy nie, są jak dupa od srania i koniec przecież nie są same, muszą też myśleć o reszcie. Dzięki nim coś się jeszcze dzieje. Dobra koniec tego smucenia. Dzień. Chyba. Jeszcze niezbyt wyraźnie wiedzę, chyba oczy troszkę dłużej niż zwykle przyzwyczajają się do światła, może to już faktycznie ostatni ?może ostatni, ale chwila jeszcze nie jest tą ! Jest, ostrość, widzę coraz wyraźniej, coraz lepiej, są kolory, może niedoskonałe ale jednak są. Mam obraz ! mogę obserwować i rejestrować – nie wiem po co, ale mogę. No cóż, nie ma zbyt wiele do podziwiania, wciąż te same pomarańczowe ściany, szary, brudny sufit ze zwisającym kawałkiem drutu zakończonym czterdziestowatową żarówką, kulawy stół pomalowany ohydnym odcieniem brązu przypominającym raczej ekskrementy niż coś zachęcającego do biesiadowania, jest jeszcze krzesło – bezbarwne za to wyplamione do granic możliwości, szafka- kiedyś biała, na której stoi miednica, no i jest oczywiście łóżko- metalowy mebel spełniający w ostatnim czasie wiele funkcji – podstawową, czyli wyra i wiele pośrednich.

Jest łąką, przystanią, morzem, oceanem wspaniałym rozmówcą, kawałkiem nieba, i skrawkiem piekła ,zwyczajnym leżem i niezwyczajnym, czarodziejskim materacem przenoszącym w najodleglejsze zakątki tego świata. I tyle, kilka rozpierniczonych rzeczy, bardziej lub mniej trwałych stało się najbliższa rodziną, sekundantami, niemymi świadkami, przejścia, albo przekroczenia albo po prostu … a zresztą czy to ważne czym ? ważne że coś jest, że stoi, że patrzy, a reszta? Reszta jest zwyczajnym gównem wmontowanym w rzeczywistość, ani mniej ważnym ani bardziej po prostu jest i tyle. Cholera, tylko tyle, było więcej, ale się rozpłynęło, zniknęło, zatarło, rozpadło, zatonęło w czeluściach czasu, odeszło do innych istot, ludzi albo się rozpadło, i dobrze. Czas wstać, zwlec się podnieść, ruszyć dupę . Cholera znów jestem słaby, bardzo słaby, ale trzeba być twardym nie miękkim, znów trzeba odprawić kolejny poranny rytuał, głosząc pochwałę życia, czystości i człowieczeństwa, tylko po co? Ale tego nie ma co analizować, bo wnioski skłaniają raczej do zapylenia umysłu totalnym pesymizmem a w tym stanie chyba nie byłoby to wskazane lub wręcz niepożądane. Dobra, wstałem, no może niekoniecznie wstałem, siedzę, ale to i tak sukces, wczoraj nie mogłem nawet utrzymać głowy pięć centymetrów na poduszką, nie ważne dzisiaj siedzę, tak siedzę, trzęsę się co prawda , ale siedzę i to jest ważne, może idzie ku lepszemu ? Ubieranie. Zbyt duże słowo ale od pewnego czasu lubię tak myśleć o zakładaniu swetra na piżamę, choć dziś muszę założyć jeszcze spodnie, mam wyjście – pewnie ostatnie, dlatego muszę to zrobić. Mam jeszcze krzyżyk po matce, może go sprzedam?, mnie i tak do niczego się nie przyda – taki life. Mycie. Znów cholernie wielkie słowo ale przyzwyczaiłem się i do niego, siła nawyków i starych przyzwyczajeń, nawet w dziwnych sytuacjach nie możne się wyprzeć pewnych zachowań, choć może po za jednym – wydalaniem. Muszę się troszkę dokładniej obmyć, trzy dni bez wstawania robią swoje, wszystko dokumentnie zasrane i zaszczane, mnie to w sumie wisi, czy śmierdzę czy nie, ale gościowi do którego idę może przeszkadzać. Miednica. Okrągły, metalowy przedmiot ustawiony na rozpadającej się szafce imitujący umywalkę, wypełniony w jednej trzeciej żółtawą cieczą spełniającą funkcję wody. Mycie. Cholera, chyba nie dam rady, czuję dziwne ciepło wewnątrz a przed oczami fruwają jakieś ciemne plamy, chyba już nie widzę zbyt ostro, dziwne, ale znajome uczucie, chyba zaraz zemdleję… mrok, fantastyczne cienie opadające na fioletowe kamienie, ułożone w dziwny krąg, wszędzie piasek, mnóstwo piasku, to chyba jakaś pieprzona pustynia Gobi? Ale nie, to nie może być pustynia, przecież przed momentem przejechał tędy dozorca w swoim BMW, zaraz, zaraz on nie ma BMW.

Cholerny piasek, całe mnóstwo, teraz jak mu się przyglądam zaczyna coś zmieniać w swojej strukturze, staje się bardzie plastyczny, szczególnie przy tych kamieniach, jest jakiś dziwny, jakby sam z siebie wrastał w nie, one go pochłaniają, sycą się jego sypkością, ziarno do ziarna lgną do kamieni, karmiąc je swoim krzemowym DNA. Kamienie stają się coraz większe, potężniejsze, ogromniejsze, tłustsze, są jak chłonące wszelakie życie puste dziury, nawet zmieniają barwę – im więcej wpierniczają tym stają się bardziej czerwone, piasku coraz mniej a kamory coraz większe i większe i większe. Gorąco, dziwnie gorąco, jakby ktoś rozpalił ogromne ognisko gdzieś za mną, ale to widocznie to czarne słońce, mocno grzeje. Chcę odejść z tego miejsca żeby nie patrzyć na wzrost głazów ale nie mogę, krzemowa karma chyba przyzwyczaiła się do mnie tak bardzo, że oplótłszy moje stopy traktuje jak swojego i z każda chwilą przesuwa do nienasyconych kamieni. Cicho, strasznie cicho, bezgłośny taśmociąg śmierci przybliża mnie do kamieni, staram się wyrwać pchany jakimś strachem wykonuję niekontrolowane gesty w kierunku nieba. Niebo, niby nic nadzwyczajnego a jednak, zamiast swojej naturalnej, niebieskiej barwy jest jakieś chore, jakieś blade i puste, bezbarwne. Niby jest a go nie ma. Z czarnym okręgiem zawieszonym pośrodku wydaje się być zupełnie nieobecne, martwe? Pewnie tak !A skoro tak, to muszę sam sobie poradzić, jakimś nadludzkim wysiłkiem uwalniam obie nogi z piachu i biegnę w kierunku, w jakimś kierunku, nadal cicho nawet nie słyszę swoich kroków, jest obraz a nie ma fonii, ciekawe, zamykam na chwilę oczy i chcę zostawić to wszystko za sobą. Nic, znów ta cholerna cisza. Niczym dziecko po dostrzeżeniu koszmaru chcąc sprawdzić czy już nie ma zagrożenia otwieram oczy. Pustynia jest tyle tylko, że przedzielona na dwie części asfaltową jezdnią z niebieską, ciągłą linią po środku, w oddali widać zarys masywu górskiego, jest cicho, bardzo cicho, nawet toczące się suche posklejane kawałki śmieci nie wydają żadnego dźwięku. Idę w kierunku gór. Robi się zimno, staram się biec, nie pomaga, coraz chłodniej, cholera trzęsę się już na całym ciele, góry gdzieś znikają jakby się rozpływały, nikną, niknie też asfalt, nie ma pustyni, jeszcze widzę tylko tą niebieską linię, jest wyraźna, bardzo wyraźna. Mrok, cicho i niebieska linia, cholera ona też znika ?.Nieeee…Niebo stało się brudne, i coś z niego zwisa, może to któryś z aniołów zdecydował się mi pomóc ?

A gówno, to moje niebo – sufit z tym pierniczonym kawałkiem drutu. Muszę iść, wyjść, załatwić, zanim pustynia mnie pochłonie. Drzwi, niby nic takiego rozbierając je w kontekście wymyślonego sprzętu lub raczej urządzenia – kawał kilku dech z klamką, żeby wyjść wystarczy nacisnąć magiczny wyrostek znajdujący się gdzieś mniej więcej po środku drewnianej płyty, bliżej lewej strony i już, magiczny prostokąt uchyla się i można wyjść. Tak też zrobiłem, drzwi ustąpiły i wolno, majestatycznie z odpowiednim efektem dźwiękowym, przypominającym trzask łamanych gałęzi uchyliły się na tyle, że można zauważyć czerń korytarza. Najpierw, lewa, później prawa noga, powoli posuwam się ku mrokowi, cholera znów to uczucie, ale dam radę, trzeba być twardym a nie mięczakiem, wychodzę…

Łąka, cholera skąd tu łąka ? przecież było ciemno, nieważne, ładnie tu, i tak cicho, spokojnie, motyle, niebieskie niebo z pomarańczowym słońcem bez ani jednej chmurki, delikatny powiew wiatru, jest fantastycznie ciepło, dawno nie było mi tak ciepło tak cudownie przyjemnie miło, cholera nie wiedziałem, że ten korytarz jest taki przyjemny… gdyż jest tak, że nie ma kompletnych ciemności, zawsze gdzies tam tli się jakowys kaganek, który trzeba tylko dostrzec, a kiedy dostrzezony zostanie wystarczy podejść, zblizyc dłoń i poczuć to ciepło które najpierw delikatnie a później z coraz większą rozkosza rozpłynie się po całym ciele, dotykając i tego punktu, którego jakoby nie ma, który martwy jest, który zniesiony, zagłuszony głosem pierwszym, podniesie głowę i z wolna, powolutku grzać się zacznie wybuchając na koniec całą swą mocą, by wylać sie na całość tworząc barwy nowe , pełniejsze, gorętsze od tych dawno zapomnianych…Taki był Zdzich.

Z wyrazami szacunku
Mariusz