W kilku słowach...
gru 17

Gość

Wszystko było gotowe. Choinka pięknie przystrojona, prezenty zapakowane, biały obrus, dwanaście wigilijnych potraw, sianko, opłatek. Tylko pogoda była paskudna, bo zamiast białego śniegu, siąpił deszcz. Właśnie siadaliśmy do stołu kiedy zadzwonił domofon. Zdziwiłem się, bo cała rodzina była w komplecie i nikogo więcej się nie spodziewaliśmy. – Może ktoś z sąsiadów z życzeniami – pomyślałem – Kto tam? – zapytałem, naciskając guzik. – Ja – usłyszałem zachrypnięty głos. – Kto? – zapytałem ponownie. Po chwili ciszy odezwał się znowu – Czy państwo mają nakrycie dla niespodziewanego gościa?

Podszedłem do furtki. Na ulicy stał niewysoki mężczyzna w przemoczonym ubraniu. Pod pachą trzymał jakieś zawiniątko. Na głowie miał wełnianą czapkę, a na niej reklamówkę z napisem Tesco. Dwie inne torby miał na nogach. – To, żeby państwu błota nie nanieść – uśmiechnął się uprzejmie, zobaczywszy mój wzrok. – Kim pan jest ? – zapytałem bez sensu. Oczywiście mieliśmy nakrycie dla niespodziewanego gościa. W każdym polskim domu, w Wigilię, jest na stole takie nakrycie, ale przecież nikt się nie spodziewa, ze naprawdę ktoś przyjdzie. To taka tradycja tylko.

Potem pomyślałem, że to jakiś żart. Już raz pewna telewizja wpuściła mnie w takie maliny, przez co stałem się dość czuły na podobne niespodzianki. Rozejrzałem się, czy z ciemności nie wyskoczą panowie z kamerami, ale nic się działo. – Zmoknie pan – zauważył troskliwie nieznajomy. Stałem nie wiedząc co powiedzieć. – Zapytał pan kim jestem. Cóż, jestem nikim. Nie mam domu ani rodziny. Obiektywnie rzecz biorąc nie przedstawiam sobą żadnej wartości, ale nikt, że się tak wyrażę, nie chce być sam w taki wieczór, więc chodzę po domach i pytam. Jeśli narobiłem kłopotu, to już sobie idę. – Nie, nie, żaden kłopot. Proszę, proszę wejść.

Kiedy w przedpokoju zdjął jesionkę okazało się, że jest ubrany skromnie, ale schludnie. – Tutaj mam dla państwa prezent – podał mi niewielką paczkę zawiniętą w szary papier – proszę włożyć pod choinkę. – Och, dziękuję, zaskoczył mnie pan. My, niestety nic dla pana nie mamy, nie przypuszczaliśmy… – jąkałem bezradnie. – Nic nie szkodzi. To, że nie będę dzisiaj sam, jest dla mnie najwspanialszym prezentem – odparł z uśmiechem. – Kochani! Mamy niespodziewanego gościa. Nareszcie, to dodatkowe nakrycie na coś się przyda – ogłosiłem, lekko skonsternowanej rodzinie – Pan jest bezdomnym, który …nie ma domu. – A znasz jakiegoś bezdomnego, który ma dom, tato? – zauważył złośliwie mój syn – proszę, niech pan usiądzie na moim miejscu, ja zaraz sobie coś znajdę. – No, właśnie, o dodatkowych talerzach i sztućcach się pamięta, a o krześle nie – usiłowała rozładować atmosferę moja żona. – Proszę mi wierzyć, że i tak jestem bardzo szczęśliwy – powiedział wzruszony gość.

Przełamaliśmy się opłatkiem i każdy każdemu życzył zdrowia, szczęścia, pieniędzy i wszystkiego najlepszego. Wkrótce każdy miał swoje miejsce i można było rozpocząć wieczerzę. Andrzej, bo tak miał na imię, opowiedział nam swoją historię. Alkohol, awantury, żona uciekła z dwójką dzieci do USA, a on staczał się coraz niżej i niżej. Kiedy się pozbierał, było już za późno. Dookoła nie było nikogo, kto chciałby mu pomóc. Nie miał nic i nikomu nie był potrzebny. Nie żebrał. Na życie zarabiał malowaniem obrazków z aniołkami. Ludzie lubią aniołki. Dają im nadzieję, że Niebo naprawdę istnieje. Nie chciał czekać, aż rozpakujemy prezenty. Wyszedł w noc i nigdy więcej się nie pojawił. Obrazek, który dostaliśmy od niego pod choinkę, do dziś wisi w moim pokoju. Przedstawia aniołka w różowym płaszczyku i śmiesznym kapeluszu. Z kieszeni wystaje mu butelka wódki.

Zmyśliłem tę historię. Naprawdę, nigdy się nie wydarzyła. Szkoda.