W kilku słowach...
maj 25

Oskary

Kiedy piszę ten felieton, państwo już wiecie, ja jeszcze nie. Kto dostał, kto nie dostał, kto jak długo dziękował, kto się popłakał, a kto się wściekł. Zwracam się oczywiście do tych, którzy wzięli sobie dzisiaj wolne w pracy, którzy nie poszli do szkoły, bądź poszli, a teraz odsypiają na lekcjach i zaraz dostaną pałki, albo nagany. Jednym słowem zwracam się do tych fanatyków filmu, którzy ostatnią noc spędzili przed telewizorami uczestnicząc w Ceremonii Wręczania Oskarów.

Warto było, prawda? Normalny człowiek tego nie zrozumie, ale my Miłośnicy Kina wiemy doskonale, o co chodzi. Na tę noc czeka się cały rok. Ten dreszcz emocji, kiedy Al. Pacino rozrywa zalakowaną kopertę i wygłaszając sakramentalne „Oscar goes too…” rzuca okiem na mały kartonik. Ten delikatny uśmiech na jego twarzy i spojrzenie, w którym można wyczytać „No, kochani ja już wiem”. Te kilka sekund pauzy, które dla nominowanych wydają się być wiecznością. Aż w końcu pada nazwisko, tytuł filmu i wszystko jest jasne. Krzyk, płacz, radość, owacje i zawiedzione miny przegranych próbujących nieudolnie przykleić uśmiech do swoich twarzy. Bo to jest szczyt. Bo to jest dla filmowca jak złoty medal na olimpiadzie. Najwyższe z możliwych wyróżnień, choć poza statuetką nie dostaje się nawet dolara. Nagroda, która z anonimowego aktora, czy reżysera robi gwiazdę światowego formatu. Nie wiem, czy Jamie Foxx dostał Oskara za „Reya”, ale wiem, że jeszcze rok temu prawie nikt o nim nie słyszał. Podobnie jak nikt wcześniej nie słyszał o teatralnym reżyserze Samie Mendezie, który w 1999, jakże zasłużenie zgarnął Oskara za „American Beauty”. Nagroda, o której marzą najsłynniejsi i najbardziej uznani, a mimo to jej nie dostają. Jeśli wygrał Foxx, albo di Caprio, to po raz kolejny przegrał Johnny Depp, któremu Oskar od dawna się należy. Właśnie dlatego to widowisko jest tak fascynujące. Do ostatniej chwili nikt nie wie, kto będzie zwycięzcą i jak się zwycięzca zachowa. Kiedy po wielu latach czekania Shirley MacLaine dostała wreszcie Oskara za „Czułe słówka” powiedziała tylko „Należało mi się!” i nie dziękując nikomu zeszła ze sceny. Podobną sentencję miał wypisaną na twarzy Al. Pacino, gdy odbierał w końcu statuetkę za „Zapach kobiety”. W tym czasie jego koledzy z tzw, wielkiej czwórki (de Niro, Nicholson, Hoffman) mieli już po dwa Oskary.

Jeżeli nagrody Akademii znowu (który to już raz?) nie dostał Martin Scorsese, to pewnie dostanie ją dopiero za całokształt twórczości, bo robi coraz gorsze filmy.

Najgorzej mają aktorzy komediowi. Oskara za swoje aktorstwo nigdy nie dostali Buster Keaton, Charlie Chaplin, bracia Marx, czy Wody Allen. Temu ostatniemu wcale zresztą na nagrodzie nie zależy, bo kiedy ją otrzymał w 1977 za reżyserię „Annie Hall”, nawet nie raczył jej odebrać. „Nie lubię wyjeżdżać z Nowego Jorku” żartował sobie podobno, kpiąc z hollywoodzkiej gali. Cóż, może i tak powiedział, ale jeśli oglądał ceremonię w telewizji, to przynajmniej nie musiał tak jak my, zarywać nocy.

Ja też pewnie nigdy Oskara nie dostanę, bo ostatnio ciągle jestem aktorem komediowym.

Artur Barciś.