W kilku słowach...
lut 20

Niedorosłość

Nie wiem, jaką brodę ma ten żart, może bardzo długą, ale ja usłyszałem go niedawno. – Mamo! Jak dorosnę będę aktorem ! – Albo jedno, albo drugie synku – odpowiada zatroskana mama. W garderobach teatralnych żart ten wywołuje salwy śmiechu, co świadczy o poczuciu humoru moich kolegów, mnie jednak skłonił do pewnej refleksji, która wcale nie jest, jak mi się wydaje, zabawna.

Bo w gruncie rzeczy cóż jest śmiesznego w tym, że jakiś mężczyzna świadomie skazuje się na wieczną niedojrzałość. Pamiętam dreszcz emocji, kiedy będąc dzieckiem stałem za kulisami szkolnej sceny, by za chwilę wyjść i wyrecytować jakiś wiersz. Uwielbiałem akademie z okazji różnych ówczesnych rocznic, Rewolucji Październikowej, czy 1 Maja, bo były szansą na przeżycie tego niezwykłego stanu.

Normalne dzieci, perspektywa występu przed tłumem paraliżowała, mnie podniecała. Kiedy po skończonym wierszu kłaniałem się nisko, a do moich uszu docierał aplauz widowni, byłem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Dziś mam 55 lat i ciągle czuję tan sam dreszcz, kiedy podnosi się kurtyna i zapalają światła. Gdy słyszę szczere brawa, które rosną kiedy pojawiam się na scenie by się ukłonić, czuję to samo, co 45 lat temu. Chcę żeby tak było do końca mojego życia. Słyszę awantury o przedłużaniu wieku emerytalnego i nic z tego nie rozumiem, bo dla mnie przymusowa emerytura byłaby absolutną tragedią. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez aktorstwa i jedno co mnie napawa prawdziwym lękiem, to jakaś choroba, która odebrałaby mi możliwość uprawiania ukochanego zawodu. Pewnie dlatego, gdy tylko coś mi dolega, nie czekam, tylko lecę do lekarza, a w domu mam opinię hipochondryka.

Oczywiście, nawet gdybym miał 40 stopni gorączki, to nie odwołałbym przedstawienia i pojechałbym do teatru. Skrajna nieodpowiedzialność, ale nie potrafię inaczej. Wiem, że wejdę na scenę i przez te dwie godziny będę zdrowy. Gdy słucham moich starszych kolegów, jak w garderobie narzekają na bóle w stawach, albo opowiadają o innych swoich dolegliwościach uśmiecham się, bo jestem pewien, że za chwilę tam na scenie, nie będą czuli żadnego bólu, a każda reakcja widowni będzie na nich działała jak najlepsze lekarstwo. – O! Kolega miał dzisiaj dwa brawka i trzy szmerki, brawo! – To dlatego, że kolega tak pięknie mi podał tekst, dziękuję kolego. – Trzeba przyznać, że publiczność była dzisiaj nadzwyczajna – cieszą się jak dzieci.

Narzekamy na syndrom wiecznego ucznia, bo tak samo jak kiedyś w szkole, nie lubimy się uczyć tekstu na pamięć, ale kiedy trzeba zamykamy się jak kujony w swoich pokojach i mozolnie wkładamy do głowy kolejne partie roli. Z każdej pochlebnej uwagi reżysera cieszymy się jak dziecko, które dostało piątkę z klasówki. Niby staramy się oddzielać życie zawodowe od prywatnego, ale przecież nawet nasi bliscy nigdy nie są pewni do końca, kiedy przestajemy grać. My sami też często tego nie wiemy. Jak dzieci.

Wielki polski aktor Tadeusz Łomnicki miał opinię człowieka, który nigdy nie był sobą i nawet jak nie grał, to tak naprawdę tylko grał, że nie gra. Szczytem aktorskiego zdziecinnienia jest marzenie, by umrzeć na scenie przy pełnej widowni. Aktor kona, ludzie biją brawo, kurtyna opada, koniec. Łomnickiemu prawie się udało. Prawie, bo umarł, co prawda w teatrze, ale za kulisami i kilka dni przed premierą. Pochlebiam sobie, że aż tak bardzo niedojrzały nie jestem, bo wcale o odejściu z tego świata na deskach scenicznych, nie marzę. No, bo sami powiedzcie, co to za przyjemność zagrać rolę swojego życia, a potem nie móc się ukłonić.