eM.

Ten pierwszy raz

Poznanie (nie mylić z Poznaniem!) wg starożytnych filozofów jest metafizyką poznania realnie istniejącego bytu, rzeczywistości. Jakkolwiek mądrze to brzmi, empirycznie, paradoksalnie i par excellence, oraz używając jeszcze wielu innych słów, które wrażenie może robią swą estetyką, nie zwykły skutecznie odzwierciedlać afektów szargających duszą ludzką ni wspomnień, które tworzą płynną rzeczywistość naszych dni.

Moje poznanie, którego obiektem jest Barciś Artur, jest stanem czynnym i nieustającym, wciąż dynamicznym i dostarczającym przemyśleń natury wszelakiej. I choć wiele mówi się o wielkich nurtach filozoficznych, prócz umiarkowanego epikurejskiego carpe diem uprawiam barcisiologię stosowaną. Moje poznanie jest więc takie, że filozofom się nie śniło! Stąd na pytanie, jak poznałam Artura Barcisia odpowiadam krótko, że nie, że ja Go wcale nie poznałam! Ja wciąż poznaję Go na nowo, coraz bardziej, coraz… inaczej. Z każdym spotkaniem, refleksją, reakcją, sposobem przeżywania roli, z niemal każdym wpisem. Z tym, jaki jest medialnie, a jaki bardziej prywatnie. Ot, Pan Barciś, później Pan Artur, a teraz po prostu… Artur.

Zaczęło się od autografu.

Od koperty zaadresowanej do mnie, w której na odwrocie enigmatycznie napisano WWW.barcis.pl. Spam jaki? Wezwanie do zapłaty? Ki diabeł – pomyślałam, bo Diablicy wtedy jeszcze z nami nie było, a Anielicy nie posądzałabym o pogróżki 😉

2 sierpnia 2004 sprawił, że uwierzyłam w ludzi. Nie żebym wcześniej nie miewała epizodów wiary w homo podobno sapiens, ale takie przesyłki nie zdarzają się codziennie. Koperta, w niej zdjęcie, na zdjęciu Aktor, który – gdybym tak nie poznała – podpisał się nań własnoręcznie, do tego z dedykacją. Dziś z uśmiechem wspominam ten małoletni entuzjazm siedemnastoletniej wtedy mnie. Miejsce Artura zerkającego z lekka tajemniczo i nieśmiało zastąpił Artur w kapeluszu z okresu „Tańca z Gwiazdami”, Artur weekendowy utrwalony przeze mnie gdzieś w Chełmku, teraz zaś pierwsze miejsce zajmuje Artur okolicznościowy przygotowany na Beł(chatowski)Zlot AD 2012.

A poznanie namacalne, empiryczne, nieparadoksalne i niestety jeszcze nie par excellence? 01 listopada 2006r. Nie powiem, piękna data jak na rozpoczęcie historii z Arturem. Wtedy dodałam na BFie informację z zapowiedzią „Kury na plecach” w tyskim Teatrze Małym. Dziewczyny (Gingerek i Antenka) szczebiotały wesoło na forum o spektaklu i spotkaniu z Arturem, ja nieco strapiona, bo wówczas trzy dychy(!) za bilet do teatru był dla mnie porażką. Aż tu nagle wiadomość od Artura (pardon! Pana Artura wówczas), by pół godziny przed spektaklem stawić się w teatrze, powiedzieć, że jestem z Nim umówiona (uaaaa!), a dalej pójdzie z płatka, a co więcej, zobaczę spektakl!!

I tak, karmiona tą wiadomością, czytaną prawie co wieczór z niedowierzaniem, niecałe dwa tygodnie chodziłam tłumiąc euforię w oczekiwaniu na tę pamiętną niedzielę, która okazała się katastrofą. 12 listopada Niedziela. Teatr Mały w Tychach. „Kura na plecach”. Spektakl o 17.00 i 20.00. Godzina 19.20. Rozentuzjazmowana i równie mocno rozgorączkowana niepewnym krokiem kieruję się ku garderobom. Krążąc korytarzami trafiam wreszcie na TEGO Aktora, za nim kręci się jakaś babka, oboje zagadani i jak się okazało, spieszący się bardzo. I do tego całego rabanu jeszcze ja – oszołomiona całą sytuacją, przedstawiająca się i dowiadująca się, że drugi ze spektakli, który miał się odbyć o godzinie 20.00, a na którym po raz pierwszy miałam zobaczyć Artura (Pana Artura, wtedy znaczy się) „w akcji” na żywo, został ODWOŁANY!!!

Kobita owa, niezbyt zwracająca wtedy na mnie uwagę (jak się okazało… była to Antenka :D), oddaliła się z Aktorem. Zostałam w teatrze. Szczerząca się w uniesieniu radości, a jednocześnie wyrażając sobą coś na miarę zjawienia się na imprezie w nadziei spotkania kogoś, kto przyprawia mnie o herzklekoty i stwierdzenia, że tej osoby wcale tam nie ma. Robiąc dobrą minę do złej gry wróciłam do domu. Popatrzałam na Arturowe (Panoarturowe wówczas) zdjęcie, z którego zalotnie spoglądał Aktor. Ten, który wydawał mi się zawsze być wyższym niż jest w rzeczywistości. Od tamtego listopadowego wieczoru: choć niższy, to REALNY. Realny coraz Barciś.

eM.