Artur Barciś

  Foto dnia  

  Księga Gości  

  Forum  

  Download  

  Co tam u mnie...  

 
 
Nowości
O mnie
Doręczyciel - mój blog
Tak sobie myślę...
Galeria
Teatr
Film
Felietony
Kiedyś dla Newsweeka
Listy
Paszkwile Imory
Pomagamy sobie
Co? Gdzie? Kiedy?
Kontakt
Improve.pl
 

Co? Gdzie? Kiedy? - Artur Barciś

You Tube - Artur Barciś zaprasza

Między łóżkami - reżyseria Artur Barciś

Akcja KLUCZYK

Akcja KLUCZYK - adresy punktów

Kampania Komitetu Ochrony Praw Dziecka


Artur Barciś Show

WYWIAD RZEKA

Co myślisz o nowej szacie graficznej

Bardzo mi się podoba

Może być

Jest przeciętna

Nie podoba mi się



  KOPD.pl
  Uwolnij Marzenia
  Dzikie życie



Jęsli chcesz wiedzieć o nowościach i/lub innych wydarzeniach podaj mi swój adres e-mail.


  Felietony
moje felietony

COŚ
 

Ono mieszka gdzieś z tyłu głowy. Siedzi sobie za uszami i od czasu do czasu podpowiada nam cichutko co powinniśmy zrobić.  I choć jest bardzo mądre, dużo mądrzejsze od nas samych, to bardzo rzadko przyznajemy mu rację i postępujemy według jego wskazówek. Mimo to pracuje niezłomnie przez całe nasze życie, bo ono, to życie widzi o parę chwil do przodu i wie jak może wyglądać jeśli skorzystamy z jego rady. Wie też jakie będzie, jeśli z niej nie skorzystamy, a ponieważ  my to co ono mówi, mamy zazwyczaj w nosie, często jest wkurzone i sfrustrowane.                                                                                                      

 

Dzień zapowiadał się spokojnie. Wszystko zostało ustalone i zaplanowane. Żona jadąc do pracy miała mnie podrzucić na dworzec, skąd wraz z zespołem Teatru Polonia jechałem do Rybnika zagrać „Grube ryby”. Już przy śniadaniu, coś za uszami szepnęło mi dyskretnie  -Wyjedźcie wcześniej, bo jak utkniecie w korku, to się spóźnisz. - W jakim korku? – ignorowałem podszepty – o 10.30? O tej porze już nie ma korków. Pociąg odchodzi o 11.25, będę grubo przed czasem, nienawidzę czekać na dworcu, spadaj! -Ty decydujesz - powiedziało coś i sobie poszło. Odezwało się kiedy zjeżdżaliśmy z mostu Grota na Wisłostradę. – No i co?- usłyszałem cichutki głos zabarwiony nutą dzikiej satysfakcji. Przed nami był gigantyczny korek. Setki aut poruszały się w żółwim tempie, jak monstrualny kondukt na pogrzebie umierającego miasta. – No tak – westchnęła moja żona – przecież dzisiaj zaczął się remont Trasy W-Z. Miasto nie zamierzało umierać, wręcz przeciwnie, postanowiło wyleczyć jedną ze swoich głównych arterii, powodując chwilowy zator w pozostałych. Trzeba było uciekać bocznymi drogami, bo czas naglił. Jakimś cudem przedostaliśmy się na Plac Wilsona, a stamtąd do ul. Popiełuszki, licząc, że tam będzie luźniej. – Boże! Jacy naiwni! – chichotało mi coś z tyłu głowy szyderczo. Nie było luźniej, chociaż korowód samochodów poruszał się nieco szybciej. Do odjazdu pociągu zostało 25 minut, kiedy moja cudowna żona wpadła na genialny pomysł. – Wiesz co? Ty chyba tramwajem będziesz szybciej. - Nieeeee!  – wrzasnęło coś rozpaczliwie w mojej głowie. – Zamknij się! – odwrzasnąłem milcząco. No jasne, że będę szybciej. Przecież tramwaje nie stoją w korku. Wyskoczyłem z samochodu i wtedy uświadomiłem sobie, że nie mam biletu. W pobliżu nie było żadnego kiosku, ale była poczta. Niestety, tam, żeby kupić bilet na tramwaj, trzeba mieć numerek i odczekać swoje w kolejce. Nabywszy bilet w monopolowym pobiegłem na przystanek, żeby zobaczyć tył odjeżdżającej 17, jedynego tramwaju, który stamtąd jechał na dworzec. Coś za uszami zarykiwało się ze śmiechu, doprowadzając mnie do białej gorączki. Na szczęście szybko pojawił się inny tramwaj, ale niestety była to „jazda próbna”. Poprosiłem motorniczego, żeby mnie w drodze wyjątku, podrzucił do dworca. – Nie dam rady, Panie Norku, bo ja na Babce skręcam na Wole – odmówił z żalem. – Trzeba było se rower wziąść – poradził mi życzliwie jakiś podpity facet, zapewne „wielbiciel” Doręczyciela. Następna 17 przyjechała po stu latach, kiedy  do odjazdu IC  Warszawa –Katowice, zostało 15 min. Przy Rondzie Babka, zadzwoniła żona, że właśnie mija dworzec. Potworek w mojej głowie chichrał się niemiłosiernie, a ja już wiedziałem, że nie zdążę. Tramwaj wlókł się jak krowa, zaliczając złośliwie wszystkie możliwe czerwone światła. Kiedy zwierzęcym pędem wbiegałem na „cud PRLowskiej architektury”, zegar pstryknął 11.25. Zbiegając po nieruchomych ruchomych schodach widziałem stojący jeszcze skład mojego pociągu. Zdążę!– przemknęło mi przez myśl. – Nie zdążysz! –syknął potworek. Ludzie na peronie patrzyli współczująco, kiedy drzwi wagonu zasunęły się majestatycznie tuż przed moim nosem. Następny pociąg miałem za 3 godz i było ogromne ryzyko, że spóźnię się na spektakl, bo z Katowic musiałem jeszcze samochodem dojechać do Rybnika. Nie spóźnisz się – pocieszyło mnie coś znajomego. Spektakl  udał się wyśmienicie i nikt na widowni nie miał pojęcia co działo się ze mną przez cały dzień. -I po co się było tak denerwować?- szepnęło mi coś za uszami, kiedy po przedstawieniu popijałem ulubione piwko w gronie kolegów aktorów – przecież i tak będzie jak ma być. Choć będzie lepiej jak mnie czasem posłuchasz – dodało i poszło spać.

Artur Barciś.

 
« Powrót
 

© 2002 - 2014 Copyright by Artur Barciś. Wszelkie prawa zastrzeżone.